Wróciłam ze Słowacji. Czas na sprawozdanie.
Zaczęło się o 2.30, kiedy wturlaliśmy się do autobusu wcześniej zapakowanego wszystkimi dziwnymi rzeczami potrzebnymi na takim wyjeździe. Trąbki, puzony, waltornie, perkusja, flety, klarnety przygniecione torbami podróżnymi i pokrowcami z mundurami i strojami mażoretek z godnością leżały w bagażniku. My z trochę mniejszą godnością zajęliśmy miejsca w autobusie. Podróż, trzeba przyznać, dość nudna, powodująca odruch bezwarunkowy- zamykanie oczu. Czynników było wiele: autobus większy niż zwykle, dwupiętrowy, powodował mniejszą gęstość mieszaniny niejednorodnej członków zespołu, w którym, niestety zabrakło tych osób, które zwykle jazdę urozmaicały. Więc dwupiętrowy autobus zamienił się w wagon sypialny na górze i pokój dyskusyjny- na dole. Przy dźwiękach disco-polo i śmiechu Jagody jakimś cudem, następnego dnia ok. 15, dojechaliśmy na miejsce.
Na miejscu jak zwykle pokoje standardowe- znaczy nie jest źle. Okazało się, że jest jednak jeszcze lepiej bo niestandardowo kapelmistrz mieszkał na innym piętrze niż my. Bo zadziwiająco dobrej słowackiej kolacji i miłym powitaniu przez pana kucharza (jak sie masz kochanie?) mieliśmy udać się na koncert innej orkiestry. Ot, tak postać i posłuchać. Okazało się, że mieliśmy też zmoknąć, bo ulewa była nieprzeciętna. Większość osób została w internacie, jednak spora grupka desperatów (nie da się ukryć, że do nich się zaliczałam), postanowiła udowodnić, że wbrew obiegowej opinii nie są z cukru. Więc poszliśmy. Zaczęło się od przemoczenia bluzki i mokrej grzywki, skończyło się dwoma jeziorami w butach i włosami, które bez problemu można było wyżąć. Skończyło się też przekonaniem się, że koncert odbył się zanim dotarliśmy na miejsce. Po krótkim okresie lekkiej konsternacji udaliśmy się z powrotem. Ja z Eweliną, śpiewając deszczową piosenkę i nie pozwalając tubistom udawać, że nas nie znają, co usilnie starali się robić (pozdrowienia dla tubistów, którzy NAS ZNAJĄ!).
Wieczór w orkiestrze był jak zwykle. Nie wdając się w szczegóły, było hmm… ciekawie. Czyli impreza przednia.
Trzeba przyznać, że sekcja rogów nadal pozostała sekcją najbardziej zgraną w orkiestrze. Mieszkając razem w pokoju wielokrotnie doprowadzałyśmy do sytuacji, w której Izot krztusiła się śmiechem (Dosłownie! Trzeba to usłyszeć, żeby zrozumieć o co chodzi), a my z Buką wymieniałyśmy spojrzenia: “Tak, ona jak najbardziej do nas pasuje”. Iza jest mistrzynią w kwaszeniu- takie teksty jak “Przez żołądek do pachy” czy “Co ty, tramwajem jeździsz” nie zostaną zapomniane. (Podobnie pewnie jak mój wieczorem w piątek: ewelina: “Martika, ale po co ty wstajesz?” M: “No bo eee.. ja lubię tak spadać” (w tym momencie malowniczy upadek na łóżko)).
Następnego dnia- rzecz ważna, koncert na estradzie. I wszystko naprawdę fajnie, publiczność przyjęła nas nader ciepło i ze wszystkich orkiestr zebraliśmy największe owacje. Niestety, zakończona wydarzeniem dość smutnym- Buczysko, mające wieczne problemy z wypadającym kolanem, miało je ponownie. Kolano- recydywista zbuntowało się przy schodzeniu ze sceny. Po próbach kuśtykania przy mojej pomocy doszłyśmy do wniosku (chociaż, ściślej mówiąc, to ja doszłam- Buka była przekonana, że jest wręcz odwrotnie) że jednak nie Aneta nie da rady dojść do oddalonego o 1,5 km internatu. Po dostrzeżeniu stoiska sanitariuszy Czerwonego Krzyża udałyśmy się po pomoc. I tutaj okazało się, jak bardzo przyjaźni są Słowacy. Po opatrzeniu nogi wyrywającej się Buki przez stanowczą pielęgniarkę, która hamowała jej pragnienie ucieczki słowami “O nie… Jak już tu jesteś to Cię tak łatwo nie wypuścimy” (w każdym razie taki to miało sens- mówiła w swoim języku) skorzystałyśmy z pomocy pewnego miłego pana, który swoim samochodem odwiózł nas na miejsce i razem z inną miłą panią doprowadzili Bukę aż na jej własne łóżko. Spotkanie z nimi było dość zabawne, bo lekki odcień humorystyczny wprowadzała bariera językowa. Przez 5 minut próbowałam wytłumaczyć, gdzie mieszkamy, co jednak udało się w 100%. Gorzej było z rozmową. Po pytaniu, które zabrzmiało “czy u was też tak pada?” padła moja odpowiedź: “nie, gorąco”. Następnie ja padłam, gdy zorientowałam się, że chodziło o to, czy Buka upadła… No cóż.
Wieczorem, wybrałyśmy się na koncerty. Jednak z Izotem, musiałyśmy wrócić po Pewną Ważną Rzecz. Po dojściu na miejsce okazało się, że to Ewelina ma klucz od pokoju. Wściekłe, już miałyśmy wracać, gdy w drzwiach windy natknęłyśmy się na zdyszane dziewczyny z ogniem w oczach podające nam klucz. Czyżby czytały nam w myślach? Zresztą ja nie wiem o co im chodziło… To tylko 1.5km. Później długie łażenie po mieście z młodszym bratem bajpa i rozwodzenie się na tematy natchnione. A obok tematów natchnionych ustawiczne poszukiwanie darmowej łazienki. Znalazłam cztery w ciągu dwóch godzin. Jestem fajna?
Ostatni dzień urozmaicony nietypowym koncertem. Po raz pierwszy graliśmy na korytarzach centrum handlowego. Orkiestra wyglądała niesamowicie, gdy idąc w szyku po dwie osoby w rzędzie grała “Tiger’a” między New Yorkerem a House’m. I po raz pierwszy dostaliśmy później tyle jedzenia, że zostało.
Wróciłam dziś o 3 nad ranem. Podsumowując: wyjazd udany. Będzie z pewnością co wspominać. Ale jednak trzeba przyznać brakowało tam wielu osób…