Wróciłam.
Wystarczyły dwie noce, a ja już mam wrażenie, że wakacje były jedynie krótkim weekendem, na który wyjechałam z bursy. I tak jak w każdą niedziele, odkryłam, że prawie nic się nie zmieniło. Warszawa nadal jest taka sama, podobnie jak przyjaźń, która cierpliwie czekała na mnie przez dwa miesiące. Widząc ich wszystkich wczoraj i przedwczoraj czułam to samo ciepło, co zawsze.
A wakacje, już teraz mogę to stwierdzić, należały do najbarwniejszych w całym moim życiu (nie brzmi to zbyt spektakularnie w obliczu moich 17 lat, ale… Przecież tylko raz ma się właśnie 17 lat.), a z całą pewnością były najważniejsze z nich wszystkich. Niezapomniane i to wcale nie z powodu podróży. One były najmniej znaczącą częścią programu.
No ale wróćmy tutaj, gdzie wróciłam. Znaczy do pokoju numer piętnaście mojej ulubionej bursy szkolnej i jej mieszkanek. Mnie i Asi znaczy się. Zabawne jest to, że tyko ja, Asia, Anetka, Ania i Beatka zostałyśmy w naszych starych pokojach w nienaruszonym składzie. Po to, żeby nie zburzyć mojego małego ekosystemu? Takiego, w którym ważne są posiadówy w trzyosobowym pokoju po absolutnie drugiej stronie bursy. Noce, podczas których co chwila pada hasło “M, cicho już”, zaraz negowane przeze mnie. Podczas których o drugiej w nocy zapala się światło, żeby znaleźć naszyjnik, co kończy się przymierzeniem całego stroju na rozpoczęcie roku. Wraz z butami oczywiście. Szukaniem zmniejszonych do niemożliwości oczu rano (które przecież właśnie dziś miały być piękne i błyszczące!)i zarzekaniem się, że nie, że już więcej nie będziemy gadać. Coponiedziałkowym KFC poprzedzanym wielokrotnym jęczeniem, że jestem głodna. Przecież tradycji musi stać się zadość.
Czuję, że ten wpis będzie rozrzewniony i mało dynamiczny, ale ciągle jestem pod wpływem zmęczenia wywołanego brakiem snu z niedzieli na wczoraj i dzisiejszej nocnej przygody. Ale trzeba zrobić nastrój, żeby opowiedzieć.
Bursa śpi. W pokoju świetlówka już dawno przestała pobłyskiwać, naklejka z kluczykiem na ścianie znudziła się fluorescencencją. Słychać jedynie mnie i Asię, gdy wymieniamy ostatnie, ale już naprawdę ostatnie uwagi. Powoli dochodzi godzina dwunasta, bursa, po nocy powitalnej, dziś cała zmorzona snem. Przez na wpół przezroczyste rolety sączy się przytłumione światło ulicznych latarni. Od dawna już przyzwyczajone do odgłosów ulicy nie zwracamy uwagi na stuki i puki niewiadomego pochodzenia. Kątem oka zauważam ruch. W lewej części okna, z dołu wynurza się powoli kształt, zastyga na chwilę w powietrzu i szybkim ruchem chowa się poza granicą zaciągniętego materiału. Owal przypominający ludzką głowę. Galopująca wyobraźnia zmusza do pisku i skulenia się w łóżku. Współlokatorka leżąca na tapczanie tuż pod parapetem sztywnieje po czym z krzykiem wpada do mojego łóżka. “tam coś naprawdę jest, też widziałam.
Widziadło więcej się nie pokazało. Dziewczyny z piętnastki rano znów szukały oczu w umywalce.
Ale, jako, że dziś dzień niezwykły, więc nie może to być koniec wpisu. Cały dzień w szkole, przeplatany pytaniami jak to możliwe, że na pierwszej lekcji przerabiany już materiał z matematyki i czy wypada spać na pierwszej lekcji historii i tak nie pozwolił nam ani na chwilę zapomnieć o jego wyjątkowości. Dziś urodziny Anetki.
Aneta przyszła ze szkoły, zaciągnęła Beatę na stołówkę na obiad. Po chwili pojawiła się Asia. “Po co przyszłaś?” “Eeee yyy po nic!?” (“Ale Martika, co ja jej powiem jak tam pójdę, no?!”). Wkroczyłam ja. Zdawkowe “Wszystkiego Najlepszego” było absolutnie nie na miejscu. Bez prezentu, ani nawet życzeń od serca? Anetce zrobiło się przykro. Wstała, odniosła talerz. “Chodź z nami”.
Biedne dziecko (tia…) zostało zaatakowane od tyłu szalikiem. Nikt jej nie dusił, to tylko ja zawiązałam jej oczy. I oczywiście okulary na wierzch bo “nie zdejmę ci ich, bo nic nie będziesz widzieć!”. Ucząc ufać się naszym dłoniom Aneta wraz z nami posłusznie wyszła na zewnątrz. Trasa była dość długa. Podróż tramwajem, niekończąca się ilość zakrętów, obkręceń, pagórków, traw, chodników i krawężników, zaprowadziła nas, cóż za niespodzianka, do naszego pokoju z piętnastką na drzwiach. A tam, na podłodze rozłożony koc, balony (śmierdzące!) we wszystkich kątach, ciasto, czipsy, szampan (truskawkowy picollo, ze stanowczo zbyt dużą skłonnością do wybuchania), ulubiona tarta Anetki z 17 świeczkami i Bic Mac, bo jak szaleć, to na całego. Wszystkiego najlepszego kochanie
:*
Nie wspomnę oczywiście o trudzie przygotowujących i przeciwnościach losu z jakimi musiały się zmierzyć. O ich męstwie, gdy odkryły, że balony pękają stanowczo zbyt często i że dość trudno przekonać Anetkę, żeby była cicho i nie zadawała pytań, bo nie mamy wymyślonej bajeczki. O rozpaczliwych gestach w kierunku mieszkańców bursy spotkanych przy jej wejściu, wyrażających konieczność zachowania absolutnej ciszy nie wspomnę. Szampan co prawda oblał nam pół pokoju, planował zamach na moje życie i uderzył Anie w głowę, ale warto było. Warto :*
I tak, jestem dzielna.