Tak tak, nie ma to jak obudzić się o 3.40.. Oczywiście obudzić się względnie, jeżeli za układ odniesienia przyjmiemy fizyczność. Bo co do obudzenia mentalnego to mogą być wątpliwości…
W każdym razie.
Wstając z łóżka w szczytnym celu nie ma się jego poczucia. Absolutnie. Absolutnie nie czuje się sakralności przyoblekania się w mundur, zakładania krawatu, zapinania guzików od marynarki. Absolutnie nie czuje się wzniosłości własnego poświęcenia. Są tylko dwie myśli… Spaaaaać…. Kaaaawyy…
Jako, że w takiej sytuacji jedno z tych marzeń jest niemożliwe do zrealizowania, wybiera się półśrodek, tj. kofeinę. A kofeina + mordercza godzina + orkiestra… No cóż efekt jest taki, że gdy już siedziałam z Buką w straży, na pytanie Izotopa “z czego się śmiejecie?” zgodnie odpowiedziałyśmy radosne “nie wiemy”. ![]()
I już nie będę się rozwodzić nad brakiem godności w kościele, gdy ściśnięci na chórze, próbowaliśmy wydobyć jakiekolwiek dźwięki, ani o deszczu, który sprawił, że chyba muszę zrobić sobie nową marszówkę… Ani o tym, że po powrocie do domu wyrobiłam normę dzienną snu, zakłócaną jedynie okrzykami M. Bajora z głośników mego taty “Rozpal mnie! Chcę mieć gorączkę!” i znudzonym głosem mej Rodzicielki “Piotr… obudziłeś dzieciaka…”. Nie będę, bo jak zacznę, to skończy się jak zwykle rozpisywaniem się o jedzeniu… O domowym chlebie mojej babci, o pieczonych wędlinach, boczku, serach pleśniowych, kotletach z serem wędzonym, zrazach, kluskach śląskich, mazurkach i wszystkich innych cudach zaserwowanych przez Władczynie Kuchni. Ah!
rezurekcje i ich następniki
23 niedziela mar 2008
Posted in blablablaaaaa