(niezrażona wykasowaniem pierwszego akapitu przez wredną, okropną, perfidną, złośliwą, brzydką, nieużyteczną i w ogóle głuuuuupią przeglądarkę, próbuję jeszcze raz.)
JEST PIĘKNIE. Zakurzone ulice, brudne ściany, a nawet zapchlone bezpańskie psy bezwstydnie sobie kwitną. Bez zażenowania emanują banalnie wiosennymi radosnymi barwami. Wiosna z subtelnością ekshibicjonisty dyskretnie zaznacza swoje przybycie. Stada żółtych, czerwonych i różowych tulipanów zasiadły na trawie Parku Saskiego, i zasiadły tak ciężko i nieodwracalnie, że nie płoszy ich widok krwiożerczych spacerowiczów, pochłaniających widok wszystkich świeżych, niewinnych przecież liści, trawy i kwiatów (stąd też wzięło się błędne przekonanie, że tulipany nie latają). Zamykają te widoki w małych błyszczących pudełeczkach, oszukując siebie samych, że kiedyś, w zimowy wieczór gdy je wypuszczą na chwilę, będą tak samo piękne.
Ze wszystkich sił Warszawa próbuje mi wmówić, że wcale nie mam złego humoru . Co więcej, nawet ja sama staram się to zrobić. Łażę na drugie spacery przyłączając się do hord innych ludzi, którym przypomniało się, że jest wiosna i że wypada korzystać. Wmawiam sobie, że wcale nie mam ochoty na tę tabliczkę czekolady. Farbuję włosy na czerwono. I tak dalej, i tak dalej.
A o moim prawdziwym nastroju i ilości zajęć, których chcę uniknąć świadczy, że czytając “Lalkę” nie mogę się od niej oderwać. I nie chodzi tu wcale o szukanie sobie zajęcia.
PS: Swoją drogą właśnie przypomniała mi się nowelka, którą dziś czytałam. “Miłosierdzie Gminy” Konopnickiej. Jest w programie LO, ale kto czyta lektury, prawda? A tę naprawdę polecam, bo mimo, że czytana na polskim przy akompaniamencie głosu Pani Profesor, potrafiła mną dość silnie wstrząsnąć. Może troszkę zbyt jaskrawa, ale nie ma form idealnych.