Tagi
W końcu dzień, po którym jest co pisać.
Zaczęło się jękiem wprost z dna mej umęczonej duszy na dźwięk budzika. Po krótkim okresie zastanawiania się czy ja na pewno go usłyszałam zebrałam wszystkie swe siły i zaczęłam zastanawiać się co teraz. Najpewniej był jakiś cel w tym, że zerwałam się o tak nieludzkiej porze, jaką jest godzina ósma rano. No tak… Koncert w Piasecznie.
Nie wiem jak, ale udało mi się jakoś zapakować w mundur, znaleźć krawat, a nawet znaleźć buty, które już dawno wpisałam na listę mienia zaginionego z dopiskiem w nawiasie “bezpowrotnie?”. Nie wiem jak dotarłam na miejsce i dzielnie usiłowałam się nie uświadamiać sobie, że mimo, że środek lata jest faktem bezdyskusyjnym, to jest mi przeraźliwie zimno. Bez przygód osobistych, ale oglądając mniejsze lub większe przygody współtowarzyszy dojechałam na miejsce, gdzie zadziwiłam samą siebie odnajdując jedną z priorytetowych rzeczy w życiu każdego człowieka. Nie, nie była to nadzieja, miłość, czy sens życia. Była to za to przyzwoita łazienka w budynku Urzędu Miejskiego, podczas gdy reszta orkiestry rozkoszowała się pobytem w, eufemicznie mówiąc, zbrązowiałym Toi-Toi’u.
Koncert, jak to koncert- nie zaskoczył. Było, zgodnie z przewidywaniami i oczekiwaniami, tragicznie. Zmniejszony skład orkiestry i przerwa poitaliańska stanowczo nie oddziałuje dobrze na jakość naszej gry. Bywa. A później powrót, ponownie połączony z obserwacją przygód mniejszych i większych. Z racji o dbałość smaku potencjalnych czytelników, nie wdaję się w szczegóły.
Nie mam siły, krzyczało moje całe ciało po powrocie do domu. Po czym moje palce wystukały na komórce treść SMSa, którego wynikiem było wytoczenie się z domu w stronę miasta w celu udania się na pizze z Aśką, Współlokatorką Mą Z Przerwą Na Wakacje. Od zawsze mówiłam, że moim życie kierują wyjątkowo logiczne ciągi przyczynowo skutkowe.
Więc idę, nadchodzę, kroczę przed siebie. Widzę ciemną plamkę na rowerze. Z plamki robi się Murzyn, który przejeżdża na chodnik, po którym akurat idę i zatrzymuje się koło mnie. Po serii “o my God”, stosowanych jako przecinek dowiaduję się, że mówię najlepiej w Płońsku po angielsku, że jestem bardzo good-looking i w ogole o my God beautiful, że jest samotny, pochodzi z Nigerii, sam jada, gra w piłkę i o my God, że mam takie trudne imię. I że to nie szkodzi, że mieszkam w Warszawie bo on do mnie może przyjeżdzać i będziemy się meet i smile i o my God. Po wdzięcznym wykręceniu się od zostania jego przyjaciółką poszłam w stronę miejsca spotkania, z zadowoleniem odnotowując fakt lekkiego zmniejszenia się moich kompleksów. O my God!
Pizza… Tak, trzeba przyznać, że to jedna z tych rzeczy, które sprawiają, że świat staję sie bardziej kolorowy. Niepozorny lokal odwiedzony pierwszorazowo zadziwił różnorodnością i obfitością menu a także sposobem podania dań. Przyzwyczajona do standardu miejscowych pizzerii z miłym zaskoczeniem odnotowałam fakt eleganckiego podania przystawek i pizzy. Duża na pół zwykle jest po prostu połową placka na talerzu, tutaj okazała się kompozycją kilku kawałków i bazylii. Jedyny minus to zła kolejność podawania dań, ale nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza, że byłyśmy w nastroju, który pozwalał na nie zwracanie uwagi na drobiazgi. Do tej pory bolą mnie policzki od uśmiechania się. Plotki czasem są przyjemną rzeczą.
Idziemy na spacer, jakże. Idziemy dzielnie dochodzimy do stadionu, przechodzimy przez Dziurę W Ogrodzeniu. Nie, wcale nie było ciężko… Wcale… NIC mi nie przeszkadzało przy przejściu przez nią. Mwh. Masakra. I to wcale nie jest śmieszne, że moje rozrośnięte płuca prawie, że uniemożliwiają mi u przechodzenie przez wąskie szczeliny.
Siedząc na plastikowych krzesełkach, zastanawiając się nad tym czy tam były drzewa czy nie było, nam po prostu dobrze. Nawet mimo tego, że okazało się, że nie jesteśmy w stanie zebrać śliny w ten charakterystyczny dla brutalnych samców sposób. Tak z efektem dźwiękowym, znaczy się. Może to kwestia anatomii, nie wiem, bardzo proszę o wyjaśnienie jak to się robi, bo mimo wielu prób nie udało nam się do tego dojść. Było nam dobrze do tego stopnia, że mimo zimna, zachodzącego słońca i zapadającego mroku nie chciało nam się wracać. “Babciu, przyjedź po mnie…. Ale jeszcze nie teraz…”. Moja Asia
:*
