Wspominałam, że lubię deszcz? Jeśli nie jest tak zimno, że ręce zamieniają się w niebieskie skostniałe bryłki i jeśli wiatr nie wieje z siłą, która sugeruje, że jego priorytetem jest ogołocenie mnie ze wszystkich parasolek, torebek, ubrań, włosów i rzęs, wtedy, gdy tylko pierwsza kropla spadnie mi na nos, wpadam w ten szczególny nastrój.
Nastrój, kiedy z zachwytem patrzę na mokre ulice, błyszczący bruk i odbijające się w nim latarnie, które rozświetlają nie tylko chodnik, ale ich blask zamyka się w przestrzeni przelatujących obok kropli. Kropli, które uderzają w parasol, wywołując ten niepowtarzalny rytm, który po pewnym czasie pulsuje w całym naszym ciele, uspokaja i jakoś unosi, delikatnie, ponad betonową kostkę pod stopami. Wystarczy tylko się w słuchać w muzykę. Nic innego nie ma takiej melodii. Która przyciąga niczym magnes, która sprawia, że wpatruję się w okno, wychodzę na balkon, na taras, wybiegam na trawę, idę na spacer.
Bo deszcz, kiedy tylko się pojawi, jest wszędzie i nigdzie. Nie da się go złapać, ograniczyć, wyznaczyć jego dokładną granicę. Gdy byłam młodsza, zawsze chciałam znaleźć miejsce w którym na jedną rękę spadną kroplę, a druga pozostanie sucha. To pragnienie towarzyszyło mi od zawsze, przychodziło znikąd. Zawsze, gdy zbierały się chmury, zastanawiałam się gdzie tym razem może być ta upragniona ściana wody, gdzie kończy i zaczyna się jej niepodzielne panowanie. Nigdy nie znalazłam.
Zawsze, gdy pada, ludzi jest jakoś mniej. Idzie się przed siebie i oprócz paru zbłąkanych samochodów i kilku przechodniów chyłkiem przemykających od dachu do dachu, od ściany do ściany, najwyraźniej nie będących tam, gdzie by być chcieli, nic. W szumiącym mieście cisza. I kręgi na wodzie, na kałużach. Zawsze mnie fascynowały. To, że konsekwencja z jaką się rozchodzą, równomiernie i bezkompromisowo, nie zmienia, tego, że i tak zanikną. I parasol nad głową, nieodmiennie uroczy, magiczny i romantyczny. Rodem z mglistych powieści, z przydymionych filmów, wyzwalający nawet nieuświadomione skojarzenia. Przenośna przystań, schronienie, kawałek własnej przestrzeni, pośród niczyjej ulicy. A gdy przestrzeń pod parasolem nie jest tylko moja, to deszcz tylko nabiera urody. O ile jeszcze zwracam na niego uwagę.
Nawet mimo tego, że niektórzy parasoli nosić nie umieją.