z dupyyy

Czuję się absolutnie uprawniona do nazwania tego tygodnia mianem tygodnia “z dupy”. Jest to stwierdzenie dość asekuracyjne, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że tydzień sam w sobie bardzo starał się byc miłym, emanując pięknie wiosenną pogodą i uśmiechniętymi ludzmi, a jedyną winną jestem tutaj ja z moją pogiętą sinusoidą nastrojów. No nic, świat się chyba już przyzwyczaił.

Jako, że wszystkim smęciłam tylko o rzeczach niezbyt miłych, to wypada w końcu powiedzieć komuś o tych ciekawszych.

W niedziele była osławiona Komunia mojego brata. Jako część klasy burżujskiej wynajęliśmy lokal (lokalik? lokaliczek?). Nikt nie miał ochoty i siły gotować, co miało efekt jak najlepszy. Poza oczywistym zestresowaniem mamy, do którego dołączyła moja trema własna na temat komentarza mojego brata do Komunii było bardzo przyjemnie. Rodzina z Kozienic, kochana, radosna i ciepła idealnie współgrała z łososiem i ananasem na stole, będąc też tłem to komentarzy pt. “Martika jak ty ślicznie wyglądasz!”. Nie sprzeciwiałam się, nie będę ludziom psuć radości.

I tutaj fakt warty zauważenia. Przez cały obiad i posiedzenie moja biała (sic!) sukienka absolutnie nie ucierpiała. Nadal nie mogę tego zrozumieć.

Poniedziałek był poniedziałkiem. Nie lubię poniedziałków niestety. Bo są poniedziałkami. No dobrze, może WF właśnie ów poniedziałkowy i następny, wtorkowy, przerosły moje oczekiwania i było naprawdę (muszę użyć tego słowa) zajebiście, ale nie zmienia to ogólnego wydźwięku dni tamtejszych. Czyli były z dupy. Znaczy ja byłam.

Środa za to po całym dniu irytacji okazała się tym dniem idealnym, ciepłym, słonecznym, spokojnym i szczęśliwym. Ostatnio zaczęłam lubić te feralne znienawidzone wcześniej środy. :)

Wiem, że wpis także jest z dupy, ale nie można oczekiwać niczego innego po osobie w mojej kondycji. Właściwie piszę dlatego, że przewiduję dość długą przerwę z powodu wyjazdu do Francji i Belgii z orkiestrą, od wtorku do chyba przyszłej środy.

A! No i w końcu mam zielony lakier do paznokci!!! Czekał na mnie na centralnym, w miejscu, w którym tak naprawdę miało mnie nie być. Miło z jego strony. Całkiem ładnie się komponuję z czerwonymi włosami. :)

Szczęśliwa.

To prawdopodobnie bezie rzewny, nudny post o niczym, dokładnie taki, jaki zwykłam pisywać, gdy jestem w nie najlepszym nastroju, który sprawia, że nie mam ochoty nawet na czekolade. Pół tabliczki leżące przede mną jest dość dobrym dowodem na dziwność mojego położenia.

Ostatnio się boję. Listopada.

I ludzi, których kiedyś znałam, a teraz tylko poznaję. I tego, że ta grupa tak bardzo się powiększa. Tego, że stracę to, co mam.

A przede wszystkim Tego, kogo mam.

I zbyt często płaczę, godność, honor i siłę  szlag trafia, co zwykle nie da się usprawiedliwić jakimś konkretnym powodem.

Niedługo jadę do Francji z orkiestrą. Nie cieszy mnie to, chyba bardziej martwi. Ten mistyczny Paryż, który tak banalnie chciałam odwiedzić nie napawa mnie szczególną radością.

Ale niech się nikt o mnie nie martwi. Ten dzień był naprawdę bardzo miły, zresztą jak większość ostatnio. Wcale się nie rozklejam, nie rozpadam, nie rozsypuję, nie tracę radości, czy wiary. Jestem szczęśliwa, tak to na pewno. Po prostu jest wieczór, a ja jestem zmęczona i trochę samotna.

Niech mi ktoś powie, że jestem naprawdę ważna

A miało być tak… źle!

Jako, że w świecie równowaga musi być, po dniach wspaniałych (wczoraj) w końcu muszą nastąpić dni gorsze. I ja rozumiem ten smutny, aczkolwiek niewątpliwie sprawiedliwy proceder i godzę się z nim. I kiedy coś mi mówi, że dzień ma być zły, wspieram go moim własny, złym humorem. Niech mu będzie łatwiej, w końcu nikt nie lubi krzywdzić innych.

I w momencie, gdy byłam absolutnie pogodzona z tym, że bardziej lub mniej, ale dzisiaj będzie miało wydźwięk negatywny, świat zgłosił veto. Nie rozumiem tego zachowania, ale jest niezaprzeczalnie miłe. Chyba światu na mnie zależy.

Rano uciekłam od dziewczyn, bo czułam, ze mam w środku takie wielkie włochate coś, co bardzo chce wyjść z mojego żołądka i nakrzyczeć na wszystkich. Wyemigrowałam do sklepu po śniadanie i o dziwo wszystko poszło szybciej niż powinno. Nabrałam trochę podejrzeń wobec intencji otoczenia, ale ciągle dzielnie wspierałam dzień, który miał być niedobry, a chyba wcale nie chciał.

Tramwaj podjechał mi pod nos i już udało mi się zirytować, że nie mam gdzie usiąść,gdy zobaczyłam taksówkę. I później Murzyna. Patrzę- Murzyn wsiada do taksówki. Patrze na napis na drzwiach samochodu. “Color taxi”.

Cóż, świat nie przebiera w środkach, żeby poprawić mi humor.

W szkole już prawie znowu udało mi się zirytować na wszystko i na wszystkich, ale moje plany zostały zniweczone przez Asię, która miast (jak powinna przecież według odgórnych sprawiedliwych wytycznych) się na mnie zezłościć i machnąć ręka, przytuliła M. Zagubiona uciekłam do kącika, gdzie dopadły mnie Kasia z Agnieszką. I były miłe. Co więcej, profesor od hiszpańskiego została nieprzewidzianie przetrzymana na maturach, więc to była godzina nicnierobienia, co, nie da się tego zanegować, także było miłe.

Na szczęście na chemii miałam szansę powrócić do wypełniania planu, bo była absolutnie niemiłosiernie nudna, tak, że była możliwość powrócenia do stanu “ożeszkurwa”. Niestety, mimo prób nie udało się, bo przerwa między hiszpańskim a chemią też była miła! Niedobry Paweł, niedobry Krzyś i niedobry Adam….

Ale ciągle jeszcze była dla mnie nadzieja! Bo oto nadchodziła fizyka, która przecież nie ma sobie równych jeśli chodzi o siłę oddziaływań na nastroje. Zwłaszcza, gdy nie mamy ani aparatury do planowanych przez prof. Stasiaka doświadczeń, ani zadanek do zrobienia na tablicy. Szykowała się masakra, co idealnie współgrało z moimi planami na dzień dzisiejszy.

I co? I nic! Szykanowana komentarzami na temat mojego rodzinnego miasta i przepełniona patriotyzmem lokalnym wzięłam się za rysowanie jego planu na tablicy, oczywiście udzielając stosownych objaśnień wiernym słuchaczom w postaci Agnieszki i Kasi. Nie zwracając uwagi na mijający czas ocknęłam się z tego przyjemnego (mwh!) zajęcia, gdy 15 minut przed dzwonkiem wkroczył ON, Szeryf. M siadając do ławki nie starła tablicy, co zaowocowało opowieściami profesora o Płońsku, skąd się wywodził jego ojciec, i personalną rozmową ze mną i Asią. I znowu było miło, cholera.

Polski, który miał być krzywdzący minął na rysowaniu jeszcze-dokładniejszego-bo-przecież-umiem planu miasta, zakłóconym jedynie oddaniem wypracowania, które poszło mi nadspodziewanie dobrze. Wszystko przeciwko mnie. Podobnie jak na informatyce, gdzie przechodzenie gry było znacznie łatwiejsze niż zwykle.

I już nawet się pogodziłam z tym, że będzie to nie taki zły dzień do tego stopnia, że przyjemności spaceru z Kasią nie zakłóciło nawet zamknięte Centrum Sztuki Współczesnej. Poddałam się całkowicie i przyjęłam dzielnie fakt, że może jednak dziś będzie miłe.

I nawet mimo, że potem byłam zmęczona i trochę samotna w pustym pokoju, to w sumie było.

My.

Ludzie są z natury dobrzy

Powzięłam tę filozofię jakiś dłuższy czas temu, właściwie nie wiem dokładnie kiedy. Wpływ niestety miała książka, aż tak mądra nie jestem żeby to sformułować tak ładnie, ale ciągle twierdzę, że zdanie to trafiło na podatny grunt i tylko dlatego się przyjęło. Autodowartościowywanie się.

Filozofia wygląda tak: każdy człowiek chce być dobry, dawać ludziom miłość i szczęście, samemu będąc szczęśliwym, kochanym i potrzebnym. I w sumie już.

Nie istnieją ludzie, którzy chcą zrobić innym krzywdę, bo tak, bo bez powodu, bo ze złośliwości, bo to fajne. Nie. Oni po prostu tak bardzo chcą być zaakceptowani, że robią coś, co w ich mniemaniu do tego prowadzi. I tak rodzą się plotki, naśmiewania się, małpowanie tych “fajnych” i “lepszych” przy jednoczesnym odrzuceniu mniej popularnych.I to też niekoniecznie ich wina. Głupota i słabość są niejako przypisane naszemu gatunkowi i każdy walczy z nimi mniej lub bardziej umiejętnie. Ale wszyscy się przecież staramy.

Czasem jednak znajdzie się człowiek, który już nie chce być ani fajny, ani akceptowany, twierdzi, że ma wszystko w nosie i on będzie żył jak chce, a “jeśli to Ci się nie podoba to chuj Ci w dupę”. A ja śmiem twierdzić, że to wszystko dlatego, że ktoś kiedyś zrobił coś tak podłego, że brak już wiary i nadziei. Zresztą pewnie ten ktoś tez jej wtedy nie miał.

Wydaję, się że to zbyt uproszczone, ale wyznaję zasadę, że rzeczy z natury nie są zbyt skomplikowane.

Przyjmując te filozofię byłam gotowa na pewne trudności. Bo co innego tylko tak głosić wszem i wobec, a co innego być gotowym na wysiłek doszukiwania się dobrych, choć nieszczęśliwych i zagubionych pierwiastków (niewymiernych, haha (niewymiernyyyy teeeeż liczbaaaaa)), w ludziach krzywdzących innych. Oczywista dla mnie była też konieczność zderzania się wielokrotnie z sytuacjami, które wiarę moją zachwieją ja i wystawią na próbę. Byłam na to przygotowana. Myślałam, że będzie ciężko.

Ale… nigdy nie było. Od tamtej pory jest mi naprawdę łatwiej.

autoprzewrotność wrodzona

Tak naprawdę to napisałabym coś wesołego, bo humor mam naprawdę nie najgorszy. Siadając do tego okienka doszłam do smutnego wniosku, że ciężko będzie cokolwiek wykrzesać bo nic aż tak miłego się nie wydarzyło. Lecz gdy tylko zabierałam się za zapisywanie tego wniosku moje autoprzewrotne ja zanegowało te tezę.

Wspomniało coś o WFie, na którym naprawdę BARDZO miło się grało w badmintona. Jako, że mam na imię Martika, a co za tym idzie z definicji nie lubie większości form aktywności fizycznej, ze zdziwieniem i niejaką radością odnotowałam fakt, że dostałam tę piękną cudowną zielono białą rakietkę. No i lotkę. A lotka była za lekka. A wiatr wiał (I chciałoby się powiedzieć za Orzeszkową, że szumiał o jakiejśtam bitwie. Ale nie powiem bo nie jestem aż tak głupia). Ale nie na darmo Martika i Asia są w mat-fizie. Poświęcając dobro własne (najpierw Asi, potem moje) użyłyśmy gumki do włosów jako obciążnika i voila. Agnieszka i Kasia były pod takim wrażeniem, że aż zagrałyśmy z nimi w debla. (I tutaj pozdrawiam Agę, bo one po prostu są słabsze, nawet mimo tego, że miałyśmy pod słońce i stałaś pod drzewem :p )

Z wydarzeń miłych bądź wartościowych pozostaje jeszcze religia, pouczająca i ciekawa. Pragnę zauważyć tutaj, że absolutnie nie żałuję decyzji pt. ,że będę na nią chodzić, podjętej z pełną świadomością, że z siostrą naprawdę trzeba się uczyć. W każdym razie tematy eschatologiczne (śmierć, piekło, niebo etc.) bardzo mi się podobają.

O klasówce z matmy się nie wypowiadam i to jest moje oficjalne stanowisko.

O uczeniu się chemii również. No bo jakoś tak wyszło, że najpierw spotkałam w KFC, gdzie miałam się uczyć znajomą, która też miała się uczyć. A później okazało się, że mamy sobie z Asią wiele do powiedzenia, co doprowadziło do jednoczesnego wpadnięcia na pomysł porozmawiania o organizacji osiemnastki. Co pociągnęło za sobą oczywiście szereg absorbujących zajęć.

Idę spać. Dobranoooooc.

pochodne

Jutro mam klasówkę z matematyki.

W związku z czym wczoraj cały dzień robiłam geografie, po czym oglądałam Casino Royal. Aby jeszcze lepiej przygotować się do sprawdzianu czytałam podręcznik z chemii, odkurzałam swój pokój, a po przyjeździe do bursy prowadziłam pouczającą rozmowę z Asią.

Później wybrałam się do Arkadii. Przecież MUSZĘ kupić sobie wodę do picia!

i obejrzeć trochę butów;

i okularów przeciwsłonecznych;

i koniecznie muszę kupić kartę pamięci do telefonu!

Po powrocie postanowiłam wziąć się solidnie do roboty przegrywając muzykę na telefon i sprawdzając czy na pewno działa. Później zjadłam karpatkę.

Kończąc tę notkę, czuję, że zrobiłam absolutnie wszystko co mogłam. Napawa mnie to dumą. Niestety z racji wyczerpania alternatywnych sensownych zajęć muszę w końcu się zaprzyjaźnić z pochodnymi.

(jest godzina 22.46)

niepodobamisie

Pół dnia przed kompem mojej mamy robiąc głupią pracę dla Wiesia. Tia. Napisz przewodnik po czymśtam. Już mam dosyć pisania na tej klawiaturze, patrząc jak tekst w wordzie z bezsensownego robi się jeszcze bardziej bezsensownym.

Dlatego włączyłam to okienko, bo do odbywania się tego procederu w tym oknie jakoś przywykłam.

Muszę trochę ponarzekać.

Boli mnie dziwne miejsce. Otóż zrobiłam sobie jakąś krzywdę w prawe górne dziąsło, ale nie tam, gdzie mi mają kiedyś wyrosnąć ósemki, ale tak w okolicy czwórek, tak z boku. Nie wiem jak, nie wiem czym, ale wiem, że boli.

Narzekać jeszcze będę na komunię mojego brata. Otóż jak pewnie zgadliście mój brat ma Komunię. Ale tego, że ma za tydzień już nie wiedzieliście! A właśnie jej termin jest najbardziej irytujący.

Pomijając fakt, że właśnie dziś została przekroczona linia czasu, kiedy moja mama się stresuje i na wszystkich krzyczy z tego powodu (co skutkuje niezjedzeniem przeze mnie śniadania dziś rano, bo Michał się spóźni na egzamin), to jeszcze Komunia jest wtedy kiedy Juwenalia! A tam happysad, Ira, Hey i moi znajomi!

I jeszcze muszę zrobić głupią bazę danych. I hiszpański. I przeczytać Nad Niemnem. I nauczyć się matmy. I chemii.

I mam za rok maturę!

I kobiety są dyskryminowane w pracy i w Polsce jest duże bezrobocie.

I oglądałam dzisiaj film przyrodniczy, w której najpierw samochód zabił tatę-bobaka, a potem mama- bobak szybko znalazła pocieszenie w ramionach młodego samca bobaka. Czytała Krystyna Czubówna oczywiście

I czekolada zawsze się kończy kiedy masz jeszcze na nią ochotę, ale idealnie  w tym momencie, kiedy już masz wyrzuty sumienia.

I boję się ciemności i okien w nocy. A przede wszystkim kosmitów i Chupacabry. (Nie Do Wiary w dzieciństwie zostawiło trwałe piętno na mej psychice).

I jestem głodna.

I mam zakwasy na udach. I na pośladkach.

I się boję listopada.

I jestem gruba.

I… tak dalej.

No i jeszcze jestem trochę rozczarowana, ale to już z innego powodu.

Mission Impossible

(jako, że wczoraj, gdy chciałam to wrzucić internet przestał chodzić, więc jest dziś. Wszystkie słowa dziś, dzisiaj, dzisiejszy, proszę zamieniać na wczoraj itd. dziękuję. :) )

Dzisiejszy dzień był zaskakująco miły- na matematyce poszerzyła się moja wiedza o świecie (Tak! Naprawdę cieszę się z tego, że zaczynam wiedzieć PO CO są te pochodne! (stasziiic….)), nagle okazałam się przygotowana na hiszpański, dzięki absencji Asi na nim (przejęcie ćwiczeń i taaaak proszę państwa M ma pracę domową) i znalazłam cudowną, genialną gierkę (prowadzisz własne SPA! możesz masować klientów, obcinać i myć im włosy, masować im plecy i depilować nogi, genialne! A potem jak zarobisz dużo pieniędzy to masz większy lokal i więcej pracowników i więcej narzędzi i w ogóle! Cała infa minęła jak z bicza strzelił, podobnie jak ostatnie półtorej godziny zresztą :P ).

No i oczywiście wyprawa z dziewczynami Do Kochanej B.

B. jest w szpitalu, nic poważnego, rutyna, jakieś tam badanie. No ale trzeba brzydala odwiedzić przecież ( i zawieźć jej ciasteczka, które i tak same zjemy). Więc ja, Aga i Kasia (wraz z B. to Klub Białych- razem mamy mniej niż najmniej melatoniny (melaniny? nigdy nie wiem) w skórze niż kiedykolwiek widzieliście u jednej osoby) postanowiłyśmy nawiedzić naszą współklubowiczkę. Jako, że skończyliśmy dziś godzinę wcześniej miało to być nawiedzenie niespodziankowe, bez kontaktu z Becią, a to, że jedyną wiedzą jaką posiadałyśmy było do jakiego autobusu wsiąść i jaki jest adres, nie przeszkadzało nam bynajmniej w realizacji tego planu.

ETAP PIERWSZY: gdzie wysiąść?!

Pytanie dość ważne, zwłaszcza jak się nie zna okolic pozaśródmiejskich. Jednakże podczas głośniej rozmowy na tematy wszelakie, powodujące wesołość ludzi wokoło, naruszyłyśmy temat poszukiwań i naszą niewiedzę o przystanku docelowym. Mili starsi ludzie ruszyli nam z pomocą z wysokości miejsc, których im ustąpiliśmy i problem pierwszy się wyjaśnił. Uff…

ETAP DRUGI: gdzie jest szpital?

“Ja tu byłam!” mój radosny okrzyk rozdarł ciszę ulicy Senatorskiej. W dali budynek wyglądający szpitalowo po zdało się że właściwej stronie ulicy upewnił mnie w tym przekonaniu. Jednakże budynek okazał się szkołą, a szpital po drugiej stronie ulicy miał zły numer.

Kasia: Eee proszę pani, gdzie tu jest Senatorska wie pani może?

Pani z pieskiem: nie wiem..

(obie wiedziały, że są na Senatorskiej)

Ja: no to może jest tutaj gdiześ jakiś inny szpital niż ten?

P z P:no nie…

Metodą eliminacji wybrałyśmy jedyną z możliwych odpowiedzi i poszłyśmy do szpitala po “złej” stronie ulicy, która okazała się być jednak tą dobrą…

ETAP TRZECI: co się robi, gdy wchodzi się do szpitala?

Otóż napotyka się mnóstwo wskazówek. Plakietka: “szatnia obowiązkowa”, dobrze, spełniamy więc obowiązek. Plakat: “wejście tylko w obuwiu ochronnym”. I tutaj konflikt tragiczny. Automat do jego wydawania jest już w obrębie terenu gdzie w nim trzeba chodzić! Po szybkim rozważeniu za i przeciw i długiej walce z ową maszynerią(pełną zwrotów akcji i niespodziewanych zdarzeń) udało nam się jednak zdobyć “buty”. Po czym spojrzenie na opakowanie. “Zakładanie ochraniaczy zaleca się przeprowadzać w pozycji siedzącej”. Ja usiadłam ze śmiechu. Kasia z posłuszeństwa. A Agnieszka (bohaterka, tia…)  podjęła wyzwanie i założyła je na stojąco!

ETAP CZWARTY:  gdzie pytać jaki oddział?

Teraz trzeba znaleźć Beatkę. Jako, że nie wiemy gdzie pytać, aby znaleźć, a próby wywęszenia jej spełzły na niczym, musiałyśmy znaleźć kogoś, żeby się spytać gdzie pytać. Dwie starsze panie wdały się z nami w konwersacje.

DSP: A jaki oddział?

My: Eeeee… (bądz “yyyy”, trudno stwierdzić)

Skierowane schodami w górę i potem w lewo radośnie poszłyśmy tam, gdzie myślałyśmy, że jest Izba Przyjęć. Tam, Panie Pielęgniarki uświadomiły nam, że Izba Przyjęć nie jest w górę i w lewo, ale w lewo i w górę… Nieważne.

W owej Izbie Panie zadały nam pytanie: “Jaki oddział?” Po naszym obowiązkowym jęku znalazły nam jednak nazwisko Beci w tym dla dzieci. (jaki rym xD) Ludzie rozumieją powagę niespodziankowego śledzctwa :)

ETAP PIĄTY: czegoś brakuje.

Byłyśmy pewne sukcesu. Podążałyśmy na oddział w przekonaniu o wygranej. No dobra, może nie do końca, bo coś było nie tak. Ale kto by na to zwracał uwagę? Udało się! Dwa kroki.. Ale o co chodzi? Pięć kroków… Jakiś szczegół? Dziesięć i początek korytarza oddziału…

Eeee no ale jaki pokój?

Ja chciałam być grzeczna i iść zapytać pań pielęgniarek. Dziewczętom wystarczyło bezwstydne zaglądanie do sal przez witrażowe drzwi. BEATKAAAA!!! :D

MISSION COMPLITED

epilog:

Było naprawdę fajnie i u Beatki, i w drodze powrotnej. Radośnie byłyśmy zbyt głośne i zbyt wesołe.

Ale potem rozbolała mnie ręka. Potem plecy. Później brzuch, bo byłam głodna. Potem zaczęłam odczuwać pragnienie.

Potem zabrakło mi słów. (“No i wiesz jestem zmęczona, i głodna, i plecy mnie bolą, i pić mi się chce….. Kurde to tylko tyle? A czuję się gorzej!”)

(W międzyczasie wróciłam do Centrum, poszłam do Metra, zapłaciłam mandat, zwątpiłam w moc odwołań i rozładowała m i się komórka)

I wtedy…..

PRZESTAŁAM BYĆ GŁODNA

Więc czym prędzej poszłam do KFC, aby się reanimować, póki to było możliwe. Śmierć kliniczna, a tej jest równy brak głodu, nie mogła być niczym dobrym dla mojego organizmu. I teraz żyję i mam się jako tako.

(tak wiem, epilog niezbyt twórczy, ale musiałam odnotować ten fakt :P )

Wiara w ZTM*

Zawsze lubiłam komunikację miejską. Nie wiadomo czemu, bo ścisk, bo tłok, bo jak nie gorąco, to zimno lub głośno. Nawet kanarzy nie wzbudzali we mnie jakichś silniejszych negatywnych odczuć, bo przecież ZAWSZE M jeździła z biletem, pełniąc patriotyczny obowiązek wspierania finansowo stolicy.

I cóż.

I na co ta moja sympatia? Zostałam skrzywdzona. Wszystko przez nieszczęśliwego (tak, nie ma złych ludzi, są tylko nieszczęśliwi, nadal w to wierzę!) człowieka, który raczył zauważyć, że nie mam wpisanego numeru dokumentu ze zdjęciem. Na WAŻNEJ OPŁACONEJ DO KOŃCA CZERWCA KARCIE MIEJSKIEJ (tj. bilecie na wszystko), posiadając WAŻNĄ LEGITYMACJĘ uprawniającą do ulgi i imię i nazwisko wypisane w stosownym miejscu. I ja się pytam. Po kiego grzyba mam tam pisać ten numer, skoro niedługo będę miała swój własny dowód osobisty a w całej Polsce, jestem pewna, nie ma nikogo innego kto nazywa się Martika i ma takie nazwisko jak ja! Prawda!? Prawda. (o nawet mi tutaj korekta podkreśla, że nie ma takiego słowa jak moje imię!)

No może i prawda, że jest w regulaminie coś tam o jakichś cyferkach do wpisania, ale jak ja mam ten punkt zrozumieć, skoro od dwóch lat jeżdżę na tej konkretnej Karcie i nikt nigdy nie powiedział na ten temat słowa, a kontrolowana byłam wielokrotnie? Ech tam, szkoda sobie strzępić języka.Tak jakbym nie mogła przy nim wpisać tych cyferek…

Mandat na 150 złotych (w promocji zapłacę 105 jeśli w ciągu siedmiu dni mi się uda! okazja!), wiele cierpkich słów i nadmiernej irytacji z mojej strony. No i przeurocze pozostanie chwilę w tyle mojego Towarzysza, zakończone dogonieniem mnie ze słowami “chodź szybciej, bo jeszcze Straż Miejską wezwie…”. Nie wiem co mu powiedział, zresztą co za różnica. Niezależnie od sensowności tych poczynań poczułam się damą, której honoru należy bronić! :)

Pogodziłam się już z tym, a jakże. Dzisiaj udało mi się wygospodarować trochę czasu i byłam gotowa udać się do metra (tam są biura obsługi pasażerów) i rozstać się z nową sukienką, albo kartą pamięci do telefonu, albo spodniami, albo kilkoma bluzkami, albo butami… No w każdym razie z czymś, z czym bardzo rozstawać się nie chciałam. Jednak pełna odwagi i obowiązku obywatelskiego (mimo, ze perspektywa rzucenia wszystkiego w diabły i ucieczki do Włoch, zamieszkania we dwoje w małym białym domku i zbierania pomarańczy była bardzo kusząca) dojechałam na Metro Ratusz Arsenał, gdzie według mandatu jest biuro (stamtąd też jest tramwaj do Feminy, tam gdzie mam angielski o 16.30). Była 15.30

I tutaj straciłam resztki wiary w ZTM.

Biuro owszem było, ale jakiś czas temu, dopóki Państwo nie wynieśli się z powodu remontu. Oczywiście dowiedziałam się tego po odbyciu karkołomnej ekspedycji wgłąb pawilonów. I tutaj podziękowania dla Pana Pilnującego Toalety.

Trzeba było się wrócić jedną stację, iść do biura tam, wrócić tu i jechać tramwajem w ciągu 45 minut.

Szczęśliwie znalazłam biuro (znaczy zaraz po pomyleniu go z innym, ale to była tylko jedna pomyłka, więc sukces), po czym uderzyła mnie kolejka. Znaczy nie w uderzyła mnie dosłownie, ale w oczy, i nie ona, a jej widok. Po oswojeniu się z zaistniałą sytuacją i sprawdzeniu czy faktycznie Pan miał prawo mnie ukarać (“miaaaaaaaaał” bezwzględnie krzyczał regulamin na ścianie) pokornie zajęłam miejsce w ogonku. Już miałam przygotowane pieniądze i pokutującą minę, gdy usłyszałam, że Pani przede mną została ukarana tak samo i odesłana do napisania odwołania, że to może coś dać. Więc po moim włączeniu się w dyskusję obie udałyśmy się do formularzy.

I dopiero wtedy uderzyła mnie absurdalność tego pomysłu. Tak czy tak odwołanie zostanie rozpatrzone negatywnie, a jedynym moim osiągnięciem będzie zapłacenie o 50 zl. więcej niż teraz, bo czas jego leżeniu na biurku urzędniczki malującej nad nim paznokcie, trwa dłużej niż tydzień, więc nici  z PROMOCJI.

Przed wartością wiary w ZTM pojawił się minus. A liczba po nim rosła, wraz z upływającym czasem. Była godzina 15.55

Ustawiłam się w ogonku.  Grzecznie stoję, wiem, że muszę stąd wyjść 10 po, żeby zdążyć. Wtem otwiera się druga kasa, co oznacza tylko dwie osoby przed mną. Wiara w ZTM podskoczyła z radości na chwilę zostawiając za sobą nieskoczny minus. Jednak niewiele później leżała już w agonii koło zera bezwzględnego, gdy musiałam opuścić BOP, bo pani przed-przede mną była obsługiwana w rekordowo wolnym tempie. O ile oczywiście można  obsługą interesanta nazwać robienie sobie kawy i wychodzenie zza biurka w celach niewiadomych.

A jutro i tak  muszę tam wrócić.

CDN.

*Związek Transportu Miejskiego (i tak zawsze w myślach sobie tłumaczę Związek Tramwai Miejskich  i to już się nie zmieni ;P )

trzeciomajomy ciąg skojarzeniowy*

Trzeci maj.

A jakże piękne patriotyczne święto, mówiące o wielkości jedności i w ogóle odwiecznych dobrych dążeniach narodu polskiego. Nie, żeby była antypatriotką, wręcz przeciwnie, napawają mnie dumą barwy narodowe, zawsze jakoś tak rosnę grając, bądź słuchając Hymnu, a z Polski nie zamierzam wyjeżdżać, żeby inne kraje miały ze mnie pożytek. Ale czteroletni pobyt w orkiestrze wypaczył nieco moje skojarzenia związane z dzisiejszą datą.

Po pierwsze kojarzy mi się z bólem stóp. Jak świat światem, a ja sobą, tak zawsze założę niewygodne buty, akurat wtedy kiedy jest sporo do przejścia. Nie potrafię zrozumieć tego paradoksu, bo przecież za każdym razem wychodząc do orkiestry i więdząc, że będzie przemarsz zadaje sobie pytanie czy na pewno to dobry pomysł zakładać te  obcasy, po czym niezmiennie dochodzę do wniosku, że owszem. Czteroletnie doświadczenie na nic się nie zdaje.

Kolejne skojarzenie to oczywiście gorąco. Ile można stać w głupim parku, na głupim słońcu, patrząc jak jacyś dziwni ludzie składają głupie kwiaty pod pomnikiem. I nie jest oczywiście tak, że odbywa się to szybko i sprawie. Bynajmniej. Każde stowarzyszenie, urząd, szkoła, tudzież koło zainteresowań musi mieć swoją patriotycznie biało-czerwoną wiązankę, która rękami harcerzy wędruje pod prostokątny kamień z wyrytym napisem, który miał być pomnikiem, ale chyba mu się nie udało. I również jest to paradoks, którego nie mogę zrozumieć. Czemu oni wszyscy, aktywści, patrioci, kombatanci i urządnicy nie złoża się na jedną gigantyczną wiązankę i nie złożą jej wspólnie pod tym szarym kamykiem. I byłoby bardziej efektownie, i szybciej, a biedna Sandra nie musiałaby grać tremola aż do omdlenia rąk.

3 maj zawsze kojarzył mi się również z “ognistym” przemówieniem naszego proboszcza. Tutaj muszę nadmienić o specyfice płońskich głów parafii. Jeżeli ktoś szuka potwierdzenia dla teorii, że w przyrodzie zawsze musi być równowaga to zapraszamy do nas. Kazania księdza T. urzędującego w Nowej Parafii są przepisywane na receptę osobom mającym problemy z zasypianiem, natomiast ludzie niedosłyszący bądz cierpiący na apatię i brak sił życiowych kierowani są do Kościoła Starego. Zestawienie surowego, chyba mądrego księdza, przynudzającego niemiłosiernie (dlatego “chyba”, nigdy nie wysłuchałam kazania do końca) z proboszczem chyba trochę słabiej wykształconym, ale za to śpiewającym ile sił w płucach jest komiczne. A ile ksiądz M wkłada zapału i serca w każde kazanie. Co tak kazanie! Jego ogłoszenia parafialne to dopiero popis wirtuozji jeżeli chodzi o używanie wykrzyknień i odminy przez przypadki “kochani moi!!!!”. (Tutaj pragnę nadmienić, że moje mama zwykle w tym momencie trąca mnie w bok mówiąc coś o królu Julianie (?) z Madagaskaru. Może coś w tym faktycznie jest).

No ale wracając do tematu. Więc 3 maj kojarzył mi się zawsze z ognistymi przemówieniami proboszcza Starej Parafii w której rokrocznie gramy na mszy. I tutaj pierwsze zaskoczenie. Kazanie nie było głoszone przez niego, ale przez jakiegoś innego kogoś kogo nie znam, co wytrąciło mnie tak z równowagi, że musiałam zająć czymś innym.

Później jak zwykle, długi przemarsz (w dodatku jeszcze bardziej na około niż zwykle!) , bolące nogi, gwizdanie-bez-sensu-irytującym-gwizdkiem-przez-kapelmistrza i oto… doszliśmy. Dumnie odegraliśmy hymn po czym jak zwykle wykonaliśmy działania w kierunku rozproszenia się po całym parku na czas składania kwiatów. Wszyscy jednak mieliśmy tę świadomość, że za chwilę nastąpi “jak wy stoicie! Na swoje miejsca!” po którym będziemy zmuszeni posłusznie ustać w szyku, z którego oczywiście powoli będziemy się wyłamywać, aby kapelmistrz znów nas przywołał do porządku, abyśm znowu mogli… No w każdym razie jest to pewien ustalony od dawna rytuał w którym my doskonale zdający sobie sprawę, że nikt na nas nie patrzy, gdy stoimy między drzewami, staramy się przeciwstawiać się poglądam Pana Leszka, że jest wręcz zupełnie odwrotnie.

Więc rozproszyliśmy się czekając  na reprymende… I czekaliśmy… i czekaliśmy.

Reprymendy nie było. Ustawiliśmy się dopiero gdy mieliśmy grać. Mój szok wyrażę przejściem do następnego akapitu.

(I gdzie te czasy, gdy pół godziny przed występem trzeba było być gotowym, a nastrojonym dwie godziny przed? Gdzie czasy wyrzucania Kapelmistrzowi (po cichu oczywiście), że przydałby mu się Stoperan? Ach gdzie?)

No i jeszcze jedno skojarzenie związene z trzecim maja. Pewna droga na wsi pośród drzew i samolot. :*

*tak wiem, że to nie ciąg skojarzeń, tylko lista paru niepowiązanych, ale spodobała mi się melodia takiego nagłówka.