No, nie było mnie chwilę.
Ale, bynajmniej, nie mówię tutaj o blogu, już jakiś czas temu zaprzestałam ustalania sobie częstotliwości pisania, która nie będzie powodowała wyrzutów sumienia w znaczeniu że za rzadko. Nie, mówię o niebytności wielowymiarowej, duchowej, fizycznej i emocjonalnej. Nie było mnie i już.
Oczywiście, siedziałam na krześle w kuchni żując i połykając kolejne kęsy mej strawy. Ale cóż z tego, kiedy pozornie oddana tym czynnościom, dyskretnie starałam się rozwikłać problem odrąbanej głowy króla przyniesionej elfowi? Naczynia były umyte, a dom odkurzony, jednak, gdy nikt nie zauważył, ja zdążyłam rozprawić się w międzyczasie z hordą głodnych (nie)świeżych zwłok potworów, rozwijając przy tym mój kunszt szermierczy, chroniąc swój zwinny tyłek za pomocą magicznego znaku.
Nie mówiąc już o tym ile zagadek rozwiązał mój umysł, ile ciętych ripost padło w rozmowach przeprowadzanych gdzieś ciemną nocą, pod lasem z podejrzanymi typami, a ile odciętych członków odpadło w przeprowadzanych gdzieś, ciemną nocą (lub jasnym dniem) walkach. Niestraszne mi były szpony harpii, czy jad krabopająka, nieugięcie walczyłam z krejanem, tanecznie uciekając przed jego mackami. Udało mi się nawet znaleźć wspólny język z trollami, a także zmienić los bitwy, która zdało się będzie już niezmienna.
A wszyscy naiwnie myśleli, że moim najbardziej brutalnym posunięciem jest rozmaślenie (nie da się tego inaczej nazwać niestety) z lubością komara na ścianie (posooookaaaaa….)
A ja… Tak, byłam wiedźminem.
Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy, i tak dzisiaj, wraz z przebudzeniem się, uświadomiłam sobie, że wczoraj w nocy o 2 wypełniłam moje przeznaczenie (w przeznaczonej mi części oczywiście) i że czas wracać. Do południa wszystko zapowiadało się jednak bardzo miło, Konrad przyjechał, pies był grzeczny, kot był miły, spacer udany a lody niedrogie. A potem pojechał do odległej Warszawy a mnie zaczął boleć brzuch… I wtedy już zabrzmiały pierwsze dźwięki preludium do wydarzeń, które zachwiać miały moją wiara w… zresztą zaraz się okaże w kogo.
Zmagając się z przeciwnościami losu takimi jak stara patelnia czy porwany naleśnik (nie mówiąc o nieznośnym bólu pleców), przerywając sobie wyczesaniem liniejących na wyścigi psa i kota, udało mi się stworzyć imponującą górę krokietów. Wszyscy byli zadowoleni. Ja z dobrze wykonanego zadania tymczasowej gospodyni, która właśnie zrobiła obiad na dwa dni, dla siebie i taty (wszyscy inni mnie tymczasowo zostawili), a mój pies z dobrze zjedzonych wespół ze mną dziurawych naleśników. Niestety moje chwile poczucie samospełnienia zakłóciło uczucie bardziej przyziemne i zmuszona byłam udać się piechotą, tam gdzie piechotą zwykło się chadzać (ba, nawet królowie tak robią!). Pięć minut. Tyle mnie nie było w kuchni.
I wtedy okazało się, że mój pies ma pewną umiejętność o której nie było mi wiadomo. Otóż potrafi jeść z prędkością ośmiu krokietów na pięć minut, co jest prędkością niebagatelną. Niestety nie było to dla mnie na tyle imponujące, że mnie szlag nie trafił.
Zostały cztery krokiety. Mela była o tyle uprzejma, że najwyraźniej jedząc z manierami damy z dobrego domu, kosztowała po jednym, innych nie naruszając. Co więcej jej starannie wypracowane wychowanie nie pozwoliło jej zostawić najmniejszych śladów nielegalnych działań. Talerz stał tam gdzie go pozostawiłam (może faktycznie odrobinę zbyt blisko krawędzi blatu), a gdy weszłam, właśnie trwało pracowite zacieranie pozostałych śladów w postaci nielicznych okruszków na podłodze. Wszystko było tak elegancko i z najwyższą finezją przeprowadzone, że musiałam kilkukrotnie zamrugać upewniając się, że naprawdę z pełnego talerza krokietów zrobił się nagle prawie pusty talerz krokietów. Ale w końcu w to uwierzyłam. Mela ma szczęście, że akurat miałam w ręce gazetę, a nie powiedzmy, łapkę na muchy czy patelnię.
(Przy wydarzeniach opisanych w tej notatce, poza byciem pacniętym gazetą w tyłek i smutkiem psiego serca, które zawiodło swoją Panią, nie ucierpiały żadne psy. Koty zawsze czują się pokrzywdzone każdymi ekscesami psa, więc nie mogę napisać takiego oświadczenia o Zuzi, bo się obrazi i poczuje pokrzywdzona. Nie mogę również powiedzieć, że nie testowano niczego na zwierzętach. Bo Zuza raczyła przetestować śliwkowiec (na co wskazywały słabiej zatarte ślady podniesienia przeciwkotowej osłony na ciasto), a Mela… szkoda gadać)