Auć, nie mogę pisać. A wszystko to z powodu trzech pękniętych pęcherzy na moich dłoniach, które utrudniają mi wykonywanie nawet najprostszych czynności. A wszystko to, kto by pomyślał, z romantyzmu i spontaniczności, nieszablonowości nam się zachciało cholerajasna. Ale po kolei.
Tak się złożyło, że ostatni weekend spędziłam w stolicy. Piątek, jak to piątek, rozmowa kwalifikacyjna która przyniosła mi samozadowolenie, za którym niestety nie posypały się błagania, ba, nawet propozycje czy bym nie raczyła się w rzeczonej firmie zatrudnić. Trzeba było rozwiać, dobrze już przecież uformowane, wyobrażenia o mojej przyszłej pracy na jakże odpowiedzialnym stanowisku sprzedawcy, o pełnym gracji, ale też majestatycznym przydzielaniu numerków do szatni i o wydawaniu uprzejmym, acz nieznoszącym sprzeciwu głosem próśb o przyłożenie stosownej torebki w stosowne miejsce. Musiałam rzucić w niepamięć wizję powalania wszystkich mych urokiem osobistym, i pomocy, serdecznej, acz nienarzucającej się, w doborze ubrań. Już widziałam siebie odmieniająca życia biednym, zakompleksionym kobietom, wlewając w ich serca pewność siebie i poczucie samoakceptacji.
A tu dupa.
W stanie przeddepresyjnym musiałam jakoś przespać noc, co więcej, przeczekać nawet całą sobotę, która, co nie było specjalnie zaskakującym, dzieliła mnie od niedzieli. Bo w niedzielę, mieliśmy MY, znaczy ja i rzeczony mój chłopak świętować środową rocznice nasza wspólną razem. Rocznicę nie byle jaką, bo piątą, toteż oczekiwałam z niecierpliwością.
Ale co tutaj robić, gdy książka przeczytana, telewizja śnieży, a Internet, no błagam, ile można. Z całej tej desperacji postanowiłam posprzątać pokój. Kiedy i to nie pomogło w bitwie czasem postanowiłam stworzyć nastrój (już drugie postanowienie!). Kolacja z deserem wydała mi się nader dobrym pomysłem, na sobotnie rozpoczęcie niedzieli. I tak, o ile tarta z boczkiem zaskoczyła tym, że udała się prawie bez problemów (prawie- pierwsza próba wyrabiania ciasta skończyła się walką z ze wszystkich stron atakującą mnie mazią, bardziej przypominającą rozmięknięty papier toaletowy niż kruche ciasto), to z ciastem nie było tak wesoło. Atak, jaki przepuścił na moje zdrowie fizyczne i psychiczne przedpotopowy, radziecki mikser (jak to się dzieje, że one zawsze działają?), skutkował obryzganiem mojej bluzki, moich spodni, mojego blatu (no dobra wynajmowanego w jednej trzeciej), mojej kuchni i lodówki (patrz tak jak blat) bitą śmietaną. I pragnę nadmienić, że lodówka stała co najmniej trzy metry od oka cyklonu. No, i budyń też nie zastygł.
Ale było dobre.
I tym sposobem, z pominięciem rzeczonej kolacji, bukietu róż, nocy i poranka dotarliśmy do momentu kiedy należało podjąć decyzję co robić w ten jakże romantyczny, nieco oszukańczo pięciorocznicowy dzień ( bo prawdziwa rocznica, jak już nadmieniłam w środę). I tutaj trafiła się decyzja dość niefortunna, a brzemienna w skutkach. Postanowiliśmy wyłamać się z okowów stereotypów i pojechać do Parku Linowego.
Ośmieleni poprzednim sukcesem w nadmorskim podobnym przybytku, pełni pewności siebie wybraliśmy oczywiście najtrudniejszą trasę. Z nonszalanckimi uśmiechami przeszliśmy szkolenie, i głusi byliśmy na lekki ton powątpiewania który był słyszalny z ust instruktora, że “Państwo na wysoką?”.
Na początku było nieźle. Przeszkoda za przeszkodą, 10 metrów nad ziemią, niczym wyjątkowo niezgrabna małpa pokonywałam kolejne metry. Za nic miałam wiszące wagi, czy liny w kształcie litery U. Aż do… No właśnie aż do przeszkody najtrudniejszej. Trzy razy “upadałam”. Zrezygnowana, bez sił, bez nadziei wisiałam wysoko nad ziemią w uprzęży, wcale nie mając zamiaru iść dalej. Szczerze mówiąc, niespecjalnie się przejmowałam nawet tym bezwładnym wiszeniem. Jednak trzeba też przyznać, że trzy razy powstawałam, co w końcu (w koooooooońcu) zaowocowało szczęśliwym zakończeniem na kolejnym podeście. Szczęśliwym przez chwilę, bo w pewnym momencie, gdy już Konrad skończył przejście, opadła ze mnie adrenalina, a ja poczułam jak opadam razem z nią. Łuuuuuu… I tak, mroczki przed oczami, niedobrzemi i muszeusiąśćbospadne. Okazało się, że ta przeszkoda wymagała ode mnie jednak za wiele wysiłku. Panowie z dołu, już byli gotowi żeby mnie ściągać, nieco zrezygnowani i zniecierpliwieni, gdy ja, zaskakując wszystkich i samą siebie postanowiłam jednak dojść do końca (siła charakteru czy ośli upór? :>). I tak, poratowana przez instruktora który wrzucił na podest butelkę wody (nie, oczywiście, że nie ja ją łapałam… Jakiś miły Pan, który akurat był obok ;p), mężnie chciałam stawić czoło dalszym etapom.
A kiedy już czułam, że dam radę, po ukończeniu dwóch jakiś koszmarnych lino-kładek chciałam iść naprzód…
Przyszła burza, co skończyło się szybkim desantem.
Tak więc tak to było romantycznie
Nie muszę oczywiście nadmieniać, tym którzy mnie znają, że wszystkie spalone w ten sposób kalorie z pewnością odrobiliśmy z nawiązką w Pizzy Hut.
Na pewno będzie to niezapomniana rocznica, Konradzie