Tagi
Plan był taki. Zrywam się z łóżka skoro świt dziewiąta (oczywiście przesypiając wcześniej calutką noc kamiennym snem sprawiedliwej) i bez pośpiechu, acz z dużą motywacją (i odrobiną trwogi) oczekuję przyjazdu granatowego punto z literką L na dachu, którym pojadę aż do Ciechanowa. Wyspana będę wspaniale panować nad kierownicą i, co ważniejsze, SPRZĘGŁEM, nie stwarzając zagrożenia dla innych uczestników ruchu ulicznego.
No ale, plan nie przewidział poczynań mojego Zwierzyńca.
Melka jest psem i to psem nie byle jakim. Pomijając jej rozmiary ogólne upodabniające ja do młodego cielaka dla niepoznaki pokrytego blond sierścią, należy zwrócić uwagę na dość ciekawe dysproporcje w rozmiarach jej organów. Otóż, żołądek z cała pewnością zajmuje mniej więcej 3/4 całości psa (mogłabym przysiąc, ze część jest też w ogonie- dlatego najmocniej się porusza właśnie na myśl o jedzeniu- otóż to nie radość, nie można dać zwieść się pozorom! To perystaltyka!), a prawie całą resztę zajmuje serce (i nie mówię tutaj o idealnym wiernym psim sercu, rwącym się do właściciela, będącym powodem spełniania wszystkich jego zachcianek. Nie, mówię tu o psim sercu retrievera, które w skrupulatnie ustalonej hierarchii wartości właściciela ma zaraz po jedzeniu i gonieniu zająców). Z brakiem płuc jakoś sobie jeszcze można poradzić, nie od dziś wiadomo, ze psy oddychają głównie pyskiem (na co od zawsze wskazywało ustawiczne zianie), ale niestety na mózg pozostaje już dość niewiele miejsca… No cóż… W każdym razie dysproporcja ta jest przyczyną psiego problemu każdego poranka. Bo ona TAK BARDZO chce wejść do mnie do pokoju, ale cóż, TAK BARDZO również nie wie jak pokonać drzwi. Ale od czego jest Zuza?
Zuza jest kotem, a powiedzieć że jest kotem nie byle jakim byłoby dużym niedopowiedzeniem. Niestety ciężko mi tutaj wieść wywody na temat proporcjonalności, bądź dysproporcjonalności jej narządów wewnętrznych bo życie właśnie wewnętrzne mojego kota pozostało dla mnie niezgłębione pomimo wieloletniej znajomości. Wydaje mi się zresztą, że o ile Melce bardzo przypadłaby do gustu idea bycia opisaną publicznie, to z uporczywego kładzenia kociej głowy (przez kota oczywiście) na moim nadgarstku wnioskuje, że moja Szlachcianka uważa, że taki opis mógłby uwłaczać jej czci i prywatności, a także niszczyć aurę tajemniczości którą tak skrupulatnie się spowija. Tak więc cechy osobniczne tej domowniczki na razie przemilczę (w obawie przez ostrymi zębami i pazurami) a wspomnę jedynie o umiejętnościach. Poza tym, że jestem prawie pewna, że mój kot umie czytać (niech się już nie patrzy w ten sposób w monitor, proszę…) muszę przyznać, że najbardziej spektakularną zdolnością Zuzy jest otwieranie drzwi.
Wszystko niby fajnie, pięknie rozwiązanie psiego problemu jest widoczne jak na dłoni, zwłaszcza, że Zuzka również lubi spać w moim łóżku rano. Jednak jak dogadać się ze sobą będąc psem (o ogromnej ilości niespożytej, nieopanowanej energii) i kotem (o takiej ilości energii, jaką akurat ma ochotę mieć)? Gdy przepaść międzygatunkowa powoduje tak złośliwe sprzeczności jak te komunikacyjne: pies merda ogonem gdy jest zadowolony/ podniecony- kot macha kitą jak go szlag trafia, pies kładzie uszy gdy czuje przyjemność lub jest uległy, jak kot położy uszy lepiej odsunąć się od jego pazurów itd… Cóż więc zrobić? Zwłaszcza gdy obie lubią leżeć na łóżku w tym samym miejscu.
Najlepiej po prostu się tymi wszystkimi różnicami nie przejąć, i w zgodnym tandemie, po otwarciu przez kota drzwi, ramię w ramię wkroczyć do mojego pokoju i zająć stosowne miejsca. Pies w nogach (zajmując 1/4 łóżka) a kot na poduszce, zajmując jej całość… Jak dokonuje się to porozumienie nie mam pojęcia, ale wiem za to że niezmiernie się wyspałam…