Jako, że w świecie równowaga musi być, po dniach wspaniałych (wczoraj) w końcu muszą nastąpić dni gorsze. I ja rozumiem ten smutny, aczkolwiek niewątpliwie sprawiedliwy proceder i godzę się z nim. I kiedy coś mi mówi, że dzień ma być zły, wspieram go moim własny, złym humorem. Niech mu będzie łatwiej, w końcu nikt nie lubi krzywdzić innych.
I w momencie, gdy byłam absolutnie pogodzona z tym, że bardziej lub mniej, ale dzisiaj będzie miało wydźwięk negatywny, świat zgłosił veto. Nie rozumiem tego zachowania, ale jest niezaprzeczalnie miłe. Chyba światu na mnie zależy.
Rano uciekłam od dziewczyn, bo czułam, ze mam w środku takie wielkie włochate coś, co bardzo chce wyjść z mojego żołądka i nakrzyczeć na wszystkich. Wyemigrowałam do sklepu po śniadanie i o dziwo wszystko poszło szybciej niż powinno. Nabrałam trochę podejrzeń wobec intencji otoczenia, ale ciągle dzielnie wspierałam dzień, który miał być niedobry, a chyba wcale nie chciał.
Tramwaj podjechał mi pod nos i już udało mi się zirytować, że nie mam gdzie usiąść,gdy zobaczyłam taksówkę. I później Murzyna. Patrzę- Murzyn wsiada do taksówki. Patrze na napis na drzwiach samochodu. “Color taxi”.
Cóż, świat nie przebiera w środkach, żeby poprawić mi humor.
W szkole już prawie znowu udało mi się zirytować na wszystko i na wszystkich, ale moje plany zostały zniweczone przez Asię, która miast (jak powinna przecież według odgórnych sprawiedliwych wytycznych) się na mnie zezłościć i machnąć ręka, przytuliła M. Zagubiona uciekłam do kącika, gdzie dopadły mnie Kasia z Agnieszką. I były miłe. Co więcej, profesor od hiszpańskiego została nieprzewidzianie przetrzymana na maturach, więc to była godzina nicnierobienia, co, nie da się tego zanegować, także było miłe.
Na szczęście na chemii miałam szansę powrócić do wypełniania planu, bo była absolutnie niemiłosiernie nudna, tak, że była możliwość powrócenia do stanu “ożeszkurwa”. Niestety, mimo prób nie udało się, bo przerwa między hiszpańskim a chemią też była miła! Niedobry Paweł, niedobry Krzyś i niedobry Adam….
Ale ciągle jeszcze była dla mnie nadzieja! Bo oto nadchodziła fizyka, która przecież nie ma sobie równych jeśli chodzi o siłę oddziaływań na nastroje. Zwłaszcza, gdy nie mamy ani aparatury do planowanych przez prof. Stasiaka doświadczeń, ani zadanek do zrobienia na tablicy. Szykowała się masakra, co idealnie współgrało z moimi planami na dzień dzisiejszy.
I co? I nic! Szykanowana komentarzami na temat mojego rodzinnego miasta i przepełniona patriotyzmem lokalnym wzięłam się za rysowanie jego planu na tablicy, oczywiście udzielając stosownych objaśnień wiernym słuchaczom w postaci Agnieszki i Kasi. Nie zwracając uwagi na mijający czas ocknęłam się z tego przyjemnego (mwh!) zajęcia, gdy 15 minut przed dzwonkiem wkroczył ON, Szeryf. M siadając do ławki nie starła tablicy, co zaowocowało opowieściami profesora o Płońsku, skąd się wywodził jego ojciec, i personalną rozmową ze mną i Asią. I znowu było miło, cholera.
Polski, który miał być krzywdzący minął na rysowaniu jeszcze-dokładniejszego-bo-przecież-umiem planu miasta, zakłóconym jedynie oddaniem wypracowania, które poszło mi nadspodziewanie dobrze. Wszystko przeciwko mnie. Podobnie jak na informatyce, gdzie przechodzenie gry było znacznie łatwiejsze niż zwykle.
I już nawet się pogodziłam z tym, że będzie to nie taki zły dzień do tego stopnia, że przyjemności spaceru z Kasią nie zakłóciło nawet zamknięte Centrum Sztuki Współczesnej. Poddałam się całkowicie i przyjęłam dzielnie fakt, że może jednak dziś będzie miłe.
I nawet mimo, że potem byłam zmęczona i trochę samotna w pustym pokoju, to w sumie było.
1 komentarz
Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack
Dodaj komentarz

Wstałem po dziewiątej, chociaż chciałem wstać około godziny dwunastej. Nocą długo gapiłem się w ekran telewizora, z którego gadał jakiś kretyn o mało istotnych sprawach. Bezsenność to nuda. Mimo to okropna, zwłaszcza nad ranem.
O godzinie jedenastej z minutami, po śniadaniu, po papierosie, po naiwnych programach w telepudle, odwiedziłem bibliotekę. Trzy godziny wklepywania w klawiaturę historii kolejnictwa Polskiego w XIX wieku. Czy wiesz, że fabryki uruchamiały własne linie wąskotorowe, ponieważ zwięszkały efektywność produkcji o około 300%? Ja nie wiedziałem.
Po południu, obiad u “nie moich dziadków”, lecz osób mi bliskich (choćby przez fakt, że głowa rodziny chętnie proponuje wódkę, którą ostatnio zdarza mi się z niewiadomych przyczyn odmawiać). Ziemniaki, gołąbki. Pycha. Dwie godziny posiadówcy, z przerwami na dym w płucach, na balkonie, gdzie słońce grzeje jak na Saharze. Kontempluję przyrodę warszawskiej metropolii. Mokotów. Cisza, spokój. Szóste piętro. Mam lęk wysokości.
Wieczorem, serial komediowy, kolacja – te wszystkie standardowe czynności, które wykonuje każdy normalny obywatel. Po czasie, który należało przeznaczyć na seks, whisky, papieros, telewizja. Znowu dopada mnie bezsenność. Właśnie mam ochotę na kolejnego papierosa, w tym momencie, kiedy piszę te słowa, zapominając o wpisie do prywatnego dzienniczka…
Miło tu.