Wiara w ZTM*

Zawsze lubiłam komunikację miejską. Nie wiadomo czemu, bo ścisk, bo tłok, bo jak nie gorąco, to zimno lub głośno. Nawet kanarzy nie wzbudzali we mnie jakichś silniejszych negatywnych odczuć, bo przecież ZAWSZE M jeździła z biletem, pełniąc patriotyczny obowiązek wspierania finansowo stolicy.

I cóż.

I na co ta moja sympatia? Zostałam skrzywdzona. Wszystko przez nieszczęśliwego (tak, nie ma złych ludzi, są tylko nieszczęśliwi, nadal w to wierzę!) człowieka, który raczył zauważyć, że nie mam wpisanego numeru dokumentu ze zdjęciem. Na WAŻNEJ OPŁACONEJ DO KOŃCA CZERWCA KARCIE MIEJSKIEJ (tj. bilecie na wszystko), posiadając WAŻNĄ LEGITYMACJĘ uprawniającą do ulgi i imię i nazwisko wypisane w stosownym miejscu. I ja się pytam. Po kiego grzyba mam tam pisać ten numer, skoro niedługo będę miała swój własny dowód osobisty a w całej Polsce, jestem pewna, nie ma nikogo innego kto nazywa się Martika i ma takie nazwisko jak ja! Prawda!? Prawda. (o nawet mi tutaj korekta podkreśla, że nie ma takiego słowa jak moje imię!)

No może i prawda, że jest w regulaminie coś tam o jakichś cyferkach do wpisania, ale jak ja mam ten punkt zrozumieć, skoro od dwóch lat jeżdżę na tej konkretnej Karcie i nikt nigdy nie powiedział na ten temat słowa, a kontrolowana byłam wielokrotnie? Ech tam, szkoda sobie strzępić języka.Tak jakbym nie mogła przy nim wpisać tych cyferek…

Mandat na 150 złotych (w promocji zapłacę 105 jeśli w ciągu siedmiu dni mi się uda! okazja!), wiele cierpkich słów i nadmiernej irytacji z mojej strony. No i przeurocze pozostanie chwilę w tyle mojego Towarzysza, zakończone dogonieniem mnie ze słowami “chodź szybciej, bo jeszcze Straż Miejską wezwie…”. Nie wiem co mu powiedział, zresztą co za różnica. Niezależnie od sensowności tych poczynań poczułam się damą, której honoru należy bronić! :)

Pogodziłam się już z tym, a jakże. Dzisiaj udało mi się wygospodarować trochę czasu i byłam gotowa udać się do metra (tam są biura obsługi pasażerów) i rozstać się z nową sukienką, albo kartą pamięci do telefonu, albo spodniami, albo kilkoma bluzkami, albo butami… No w każdym razie z czymś, z czym bardzo rozstawać się nie chciałam. Jednak pełna odwagi i obowiązku obywatelskiego (mimo, ze perspektywa rzucenia wszystkiego w diabły i ucieczki do Włoch, zamieszkania we dwoje w małym białym domku i zbierania pomarańczy była bardzo kusząca) dojechałam na Metro Ratusz Arsenał, gdzie według mandatu jest biuro (stamtąd też jest tramwaj do Feminy, tam gdzie mam angielski o 16.30). Była 15.30

I tutaj straciłam resztki wiary w ZTM.

Biuro owszem było, ale jakiś czas temu, dopóki Państwo nie wynieśli się z powodu remontu. Oczywiście dowiedziałam się tego po odbyciu karkołomnej ekspedycji wgłąb pawilonów. I tutaj podziękowania dla Pana Pilnującego Toalety.

Trzeba było się wrócić jedną stację, iść do biura tam, wrócić tu i jechać tramwajem w ciągu 45 minut.

Szczęśliwie znalazłam biuro (znaczy zaraz po pomyleniu go z innym, ale to była tylko jedna pomyłka, więc sukces), po czym uderzyła mnie kolejka. Znaczy nie w uderzyła mnie dosłownie, ale w oczy, i nie ona, a jej widok. Po oswojeniu się z zaistniałą sytuacją i sprawdzeniu czy faktycznie Pan miał prawo mnie ukarać (“miaaaaaaaaał” bezwzględnie krzyczał regulamin na ścianie) pokornie zajęłam miejsce w ogonku. Już miałam przygotowane pieniądze i pokutującą minę, gdy usłyszałam, że Pani przede mną została ukarana tak samo i odesłana do napisania odwołania, że to może coś dać. Więc po moim włączeniu się w dyskusję obie udałyśmy się do formularzy.

I dopiero wtedy uderzyła mnie absurdalność tego pomysłu. Tak czy tak odwołanie zostanie rozpatrzone negatywnie, a jedynym moim osiągnięciem będzie zapłacenie o 50 zl. więcej niż teraz, bo czas jego leżeniu na biurku urzędniczki malującej nad nim paznokcie, trwa dłużej niż tydzień, więc nici  z PROMOCJI.

Przed wartością wiary w ZTM pojawił się minus. A liczba po nim rosła, wraz z upływającym czasem. Była godzina 15.55

Ustawiłam się w ogonku.  Grzecznie stoję, wiem, że muszę stąd wyjść 10 po, żeby zdążyć. Wtem otwiera się druga kasa, co oznacza tylko dwie osoby przed mną. Wiara w ZTM podskoczyła z radości na chwilę zostawiając za sobą nieskoczny minus. Jednak niewiele później leżała już w agonii koło zera bezwzględnego, gdy musiałam opuścić BOP, bo pani przed-przede mną była obsługiwana w rekordowo wolnym tempie. O ile oczywiście można  obsługą interesanta nazwać robienie sobie kawy i wychodzenie zza biurka w celach niewiadomych.

A jutro i tak  muszę tam wrócić.

CDN.

*Związek Transportu Miejskiego (i tak zawsze w myślach sobie tłumaczę Związek Tramwai Miejskich  i to już się nie zmieni ;P )

8 komentarzy

  1. Biedna Martika:P porozmawiaj z Anetką ona ma już dość dużo doświadczenia w kontaktach z ZTM

  2. Nie mam siły już walczyć niestety. Dzisiaj karnie idę zapłacić.

  3. zapłać a potem walcz :P
    wiem! zróbmy manifestacje!

  4. było uciekać, o ile kanarem nie był człek <30 letni to by szansa ucieczki była, a potem porwać samolot na Okęciu i uciec gdzieś do Rio de Żanejro czy coś

  5. W mojej mieścinie niestety nie ma komunikacji miejskiej. Więc nie mogę się pochwalić żadnymi przygodami ^^ Za to z “kochaną” PKP lub liniami busowymi – owszem.

    Don’t give up, powiadam ;)

  6. Fak. A ja miałem coś o tym napisać. xP To nic. :) A byłaś wtedy, kiedy i ja. ;P Na metrze-centrum? :)

  7. Niet, na metrze świętokrzyska i ratusz arsenał. metro centrum nawiedziłam dzis :p

  8. A może spotkamy się kiedyś pogadać? xD Byłaś jakiś miesiąc temu u Mata? :)


Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack

Dodaj komentarz