Różowy balonik

Pierwszy raz w życiu z pełną premedytacją wstałam z łóżka godzinę przed czasem. Nie wiem czemu właściwie. Po prostu wczoraj wieczorem coś kazało mi zupełnie irracjonalnie nastawić budzik na taką godzinę, jakbym miała iść na pierwszą lekcje. Już wtedy pewne było, że tego nie zrobię z przyczyn bardzo prozaicznych: strój na w-f okazał duże przywiązanie do mojego domu i nie zawędrował ze mną do bursy. Ale ja i tak, absolutnie nielogicznie i wbrew własnej naturze, miałam zamiar wstać wcześniej. To oznaczało, że to nie mógł być zwykły dzień.

Prawie się wyspałam. Poszłam na śniadanie i pamiętałam o zrobieniu kanapki na później po czym zgodnie ustaliłyśmy ze Wspólłokatorką, że ona także nie czuje powołania do biegania o tej rannej godzinie. Oczywiście od razu znalazłyśmy znakomitą ku temu wymówkę: wersja oficjalna głosiła, że nie mogła znaleźć koszulki. Mimo, że obie zdawałyśmy sobie doskonale sprawę ze znacznego naciągnięcia tego faktu, żadna go nie zakwestionowała. Miałyśmy ochotę pojechać gdzieś, po prostu przed siebie.

Stojąc na przystanku nie miałyśmy żadnego planu. Przez nasze umysły przesuwały się wizję dojechania do końca trasy linii 22, co skończyło się zajęciem miejsca w pojeźnie linii nr. 1. Nastąpiła zmiana planów: jedziemy do Ogrodu Saskiego, co oczywiście skończyło się końcem trasy w Centrum. Powód jak najbardziej logiczny. Przejeżdżając obok Pałacu Kultury dostrzegłyśmy Zjawisko. Różowe balony.

Czym prędzej udałyśmy się w ich stronę i po chwili oczekiwania każda z nas miała w ręku ruchliwy dowód na to, że ten kolor nie jest taki zły. Przechodnie zaczęli odpowiadać uśmiechami nie tylko na uśmiechy, ale też na przypadkowe potrącenia w głowę rzeczonymi balonikami. Mając przed sobą cały dzień i ulicę Chmielną podążałyśmy bez celu i bez przyczyny. Niestety, po krótkim flircie z moim, Aśkowy balonik zerwał się ze smyczy i poczuł czym jest prawdziwa różowa wolność. Mój natomiast udał się na podbój XIV LO im. Stanisława Staszica.

I wydawałoby się, że to już koniec jego kariery. A jednak… Na drugiej przerwie (pierwszą spędziłam leżąc na czterech osobach siedzących na ławce i strasząc ich bielą mojej skóry kontrastującą z czarnym odzieniem) poczułam silną potrzebę zapoznania go z moich przyjacielem. Od razu przypadli sobie do gustu. Do ostatniego dzwonka balonik spędzał czas przywiązany do plecaka Pawła.

Niestety balonik musiał udać się na odpoczynek po powrocie do bursy. Dumnie zajął miejsce przytwierdzony do zielonej lampki. Jednak dzień nie przestał być różowo- radosny. Miła próba i zauroczony mną pan przed wejściem do Straży dopełnili obraz. Pan, który z zachwytem kontemplował moją osobę ekspresyjnie wyrażając swój podziw. Zakończył zdjęciem mojej osoby. Krępujące, aczkolwiek… Zawsze mówiłam, że podobam się zwierzętom, trzeźwym inaczej i absolutnym wariatom :) . Ot, kolejne potwierdzenie tezy.

Komentarzy: 2

  1. “poczułam silną potrzebę zapoznania go z moich przyjacielem”

    :) :) :)
    Po pierwsze, to czuję się dowartościowany! xD Miło, miło, miło…:)

    Ale nie to jest ważne :) ważne jest to, ze entropia w Twoim życiu zdecydowanie i sukcesywnie maleje… że wszystko się klaruje, a dzięki temu możesz być sobą i cieszyć się tym bardziej niż zwykle :) i to widać w tej notce i w ostatnich tekstach ;)
    Nie chciałem pisać analizy psychologicznej, ale taka mi pseudo wyszła ;) Chodzi krótko mówiąc o to, że cieszę się, że masz teraz takie podejście do życia i do wszystkiego ;) Tak trzymaj ;)

    Życie może być lekkie i różowe… jak ten balonik ;)

  2. Byleby tylko było czymś wypełnione w środku, niekoniecznie helem :)

    A co do Twojej psychoanalizy to jak najbardziej słuszna. :)


Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack

Dodaj komentarz