A więc. Prawie wróciłam. Wszelkie znaki na niebie i ziemi, to jest część do komputera stojąca na rozkręconej obudowie wskazują, że dziś wszystko będzie po staremu. A więc… Typowo blogowo będzie dziś. Mam czuję konieczność uzewnętrzenienia się.
Czasami potrzebne jest parę chwil celebracji samotności. Ja takową potrzebę odczuwałam wczoraj, co skończyło sie samotną wyprawą na Starówkę. Istnieje lepsze towarzystwo niż moje własne myśli i niedźwiedzie importowane z całego świata pomalowane w różne dziwne wzorki, ale to lepsze towarzystwo wczoraj przymusowo było daleko. Zbyt daleko. Więc pozostało mi podziwianie misiów mniej i bardziej udanych, plastikowych figur robiących za faraona, statuę wolności czy po prostu pęłniących rolę płótna, na którym z lepszym lub gorszym skutkiem popisywali się artyści. Nie wiem jak ocenić fakt, że polskie dzieło bylo skutkiem niczym nie wyróżniającym się, takim jakimś… Gdyby to nie był nasz miś z pewnością bym go nie zapamiętała. No, ale dosyć o misiach.
Pisząc o wyprawie zapomniałam o mojej wiernej towarzyszce. Po latach słyszenia zawsze i wszędzie o panu Sapkowskim i po latach mówienia sobie “na pewno kiedyś to przeczytam” doszłam do wniosku, że czas najwyższy, żeby chociaż to jedno z wielu “kiedyś” nadeszło. Więc miałam ze sobą książkę. Siedząc na ławce i podziwiają Syrenkę, która niedawno powróciła z wygnania do konserwatorni, rozkoszowałam się pierwszym w tym roku dniem, w którym nie potrzeba nawet bluzy, wystarczy koszulka z krótkim rękawem. Wiosna w sercu Warszawy.
Celebracja samotności dobitnie skończyła się wraz z powrotem do bursy. Oczekiwałam jej kontynuacji, bo wiadome mi było, że współlokatorka ma wieczoru wczorajszego miała być nieobecna. Ale… Są też pewne obowiązki. Obowiązki obejmujące oprócz walki ze wszelkim złem, obijania się całodziennego i budzenia rano Aśki, takie jak naprawianie znajomych w trudnych dla nich chwilach. Tym razem znajomym okazał się komputer, który żałośnie patrzył na mnie z perspektywy zakurzonego Podbiórcza. Jedynym wyjściem okazało się wyposażenie się w plecak z prowiantem, napojami i wiele siły fizycznej i udanie się na pierwsze piętro w poszukiwaniu Łośka.
Poszukiwania zakończone sukcesem przyniosły w moim pokoju dwóch gości, którzy przynieśli inny komputer. Wypruli biedakowi wnętrzności w postaci okablowanego zasilacza i dokonali chwilowej transplantacji organu. Podziałało to odżywczo na mojego grata (ach wybacz mi, ale to prawda
), co oznaczało, że pozostała już tylko jedna misja. Nowy zasilacz został zamówiony (w arcyciekawej rozmowie ze sprzedawcą z allegro “-No bo wie pan, nam tutaj się zasilacz zjar… znaczy zepsuł” “A eeee w ile pan dochodzi?” Obie kwestie zostały skomentowane radosną owacją moją i drugiego Obserwatora), stary rozmontowany (dostałam naszyjnik z drutu miedzianego i transformatora
) za pomocą delikatnych narzędzi takich jak nóż o ostrzu dwa razy większym od mojej dłoni. Gdy z zasilacza została już tylko płytka zostałam pocieszona- “Ale nie martw się, to się wyklepie…”
Rozpisałam się, a tutaj pozostał jeszcze dzień dzisiejszy. Dzień pełen zmian nastrojów, lecz z ciepłym odcieniem sentymentalnym (dwa lata!
) Rozpoczęty zasypianiem na chemii, zakończony oczekiwaniem na czerwone półsłodkie wino połączone z wykorzystywaniem komputera Beatki, którą pozdrawiam, mimo, że właśnie leży koło mnie. W sumie wino właśnie przyszło
. Będzie to miłe uwieńczenie dnia, którego punktem kulminacyjnym było zanegowanie teorii o tym, że nie można jeść kebaba na ulicy i że nie Aśka nie da rady zjeść całego kawałka ciasta na raz. Dała radę. Oczywiście z moją małą pomocą. Zemściła się rzodkiewką monstrualnych rozmiarów na kolacji.
[Edit godzina 23.16]
Uwieńczenie dnia faktycznie było miłe. Po ogólnej rozgrzewce okazało się, że koledzy z góry robią sałatka. A sałatka ze świeżych warzyw jest rzeczą wysoce pożądaną w społeczeństwie bursianym, toteż część owego społeczeństwa czym prędzej udała się na pierwsze piętro. Po przechwyceniu przeze mnie dwóch pomidorów i po dość brutalnym potraktowaniu mnie ich wnętrznościami okazało się, że Fryzjer z Łośkiem mają silną potrzebę umycia podłogi. Teraz, zaraz, natychmiast i wodą z butelki. My byłyśmy obiektem na którym woda miała czasowo przebywać, zanim nie wzrośnie wilgotność paneli. Skończyło się: guzem Aśki na pół czoła i moją zdartą łydką. O stopniu naszej suchości wspominać nie muszę. Wieczór prawie zakończył się całopokojowym suszeniem pościeli za pomocą suszarek. W liczbie pięciu. Piszę “prawie”, bo uwieńczeniem właściwym, była walka z moim Staruszkiem, zakończona pełnym sukcesem, mimo przejściowych trudności, które przedłużyły czas trwania operacji do godzin po ciszy nocnej. Efekt? Kojący szum procesora i blask monitora właśnie oświetlający moją twarz.
Dziękuję.
[/Edit]
1 komentarz
Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack
Dodaj komentarz

No, nie wiem co powiedzieć właściwie, ale ten tekst zasługuje na pochwałę