Pewniczątka

W życiu jest parę oczywistości, rzeczy, których można być pewnym z góry, bez wątpliwości, zastanowienia, bez “ale przecież…”

Po pierwsze. Jeśli jakimś cudem M uda się zapuścić paznokcie do stanu jako-tako-wyglądającego, a później, o zgrozo, pomalować je (tak, tak, na taką bezczelność czasem uda mi się zdobyć) to przewidzenie dalszego ciągu wydarzeń jest zaledwie dziecinną igraszką. Jaka to może być trudność, jeśli zawsze jest taki sam? Otóż, moja Rodzicielka bezbłędnie wyczuwa moment, w którym należy poinformować swe biedne prawie-dorosłe-dziecko, że koniecznie, ale to koniecznie trzeba właśnie teraz, dzisiaj, zaraz iść do ogródka. Bo grządki nieopielone, bo truskawki nieprzesadzone, bo ogórki nieposiane, bo pogoda ładna. Bo tak. Ostatni argument powtarza się najczęściej. I chyląc swe czoło ku ziemi M pokornie wydeptuje ścieżkę w prawie-czarnoziemie.

Dalej. Można być pewnym również tego, że jeśli z wyprzedzeniem co najmniej dwutygodniowym planowana jest impreza, planowana dość dokładnie, łącznie z późnogodzinnym powrotem do łózka i środnocnym w sen zapadnięciem, niezwłocznie (a w sumie zwłocznie, bo dwa, w porywach do trzech dni przed) okaże się, że dzień później jest próba musztry paradnej z orkiestrą. O 8 rano. Z noszeniem ciężkiego instrumentu i wyliczaniem kroków współgraczom, bo trzeba przyznać, że M ma dość rozwinięte zapędy dyktatorskie niestety.

Nigdy nie prostuję włosów. Znaczy prawie nigdy. A “prawie nigdy” oznacza, że wyprostowano mi je dwa razy. Za pierwszym razem pół godziny później siedziałam na plastikowym krześle z instrumentem w ręku. Nad morzem. Nad, nie wiedzieć czemu, mokrym morzem. Więc można się już łatwo domyślić: po pierwszych zagranych taktach włosy bez trudu powróciły do poprzedniej postaci. Drugi raz, klasycznie: poranny deszcz i oczekiwanie na tramwaj, który jakoś, oczywiście zupełnie przypadkowo, nie miał ochoty przyjechać.

Podobnie dzieje się, gdy wczesną jesienią dochodzę do wniosku, że nie, że jednak jeszcze za wcześnie na noszenie glanów, i na jeden dzień zmieniam je radośnie na trampki. Trampki z dziurawą podeszwą. Przemakalną. I tak dla informacji: nie noszę tych cudownych wytworów zwanych “ocieplanymi trampkami”, pozostaje przy klasyku który jest doskonałym przewodnikiem cieplnym. I zimnym. W każdym razie za każdym razem z porannej pięknej pogody, po południu pozostaje tylko słowo “pogoda”. Szablonowo deszczowa.

No ale wszystko to, to raczej oczywistości dość uciążliwe. Ale są też inne, takie które za każdym razem wywołują uśmiech na twarzy. Że jak źle się czuję to zawsze znajdzie się miejsce w tramwaju, tym razem nie zapełnionym ludźmi w wieku emerytalnym. Że, gdy jest nie tak jak powinno, zawsze znajdzie się ktoś, kto nie będzie wywracał oczami na moje narzekanie. Że konwalie zawsze pachną tak samo, a kukułka niezawodnie powtarza swój refren przez całe lato.

Tylko, że teoretycznie to wszystko może się zmienić. Tak naprawdę nie ma rzeczy pewnych, tylko my chcemy je tak postrzegać, żeby choć trochę ubarwić lub usystematyzować swoje życie (to akurat zależy od intencji). Hmm… No dobrze. Prawie nie ma.

:*

Komentarzy: 4

  1. Prawie nie ma a więc jednak są? A jeśli żyjemy w matrixie? :]

  2. Ach ta Twoja przenikliwość Agnieszko :)
    Właśnie te “pewnie rzeczy” nawet w matrixie są prawdziwe :)

  3. Matrix – Kłamstwa ;)
    Wszystkie nasze plany są kłamstwami tworzonymi przez nasz mózg, który jest papką minerałów. xP

  4. jak to jest, ze ja nia Ciebie wczesniej nie trafilam?? :] dzieki za odwiedziny!!


Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack

Dodaj komentarz