Czekoladowe, waniliowe, straciatella, jagodowe, jogurtowe, sułtańskie, bakaliowe, i jakieś owocowe nie pamiętam jakie. Razem 8. Bilans dnia dzisiejszego. Lodów nie da się przedawkować, zwłaszcza w dzień, jak dzisiaj, kiedy słońce wydaje się mieć ten groteskowy uśmiech rodem z dziecinnych obrazków, który zawsze tak mnie przerażał. No ale dzisiaj konsekwentnie nie zwracałam na nie uwagi, co skończyło się zamknięciem się słońca w sobie i schowaniem za chmurkę. Za wyjątkowo deszczową chmurkę. Za chmurkę, która niepostrzeżenie pojawiła się nad naszymi (moją i Beaty) głowami, gdy pełne energii i lodów stałyśmy pod oknem jakiegoś gitarzysty na jednej z ulic Starówki. Jedna z nas miała kaptur. Druga nie. Ta z kręconymi włosami i w okularach nie miała.
W każdym razie siedzę teraz ze sztywnymi od wodnego roztworu kwasów i smogu włosami, kubkiem herbaty, i ciepłą kołdrą w łóżku i jest idealnie. Życie jest piękne. Wiosna!
Komentarzy: 4
Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack
Dodaj komentarz

a jadłaś smerfowe ? xD są z prawdziwych smerfów robione przez gargamela …
najlepsze są lody jabłkowe, mam takie jedno miejsce w Nowym Targu gdzie mają genialne lody, nawet kolejka nie jest zbyt wielka zwykle
Buahaha! Piękna sprawa!
Waniliowo-miętowe. Pyszota!