Pokój
Ot, pokój jak każdy inny.
Pod ścianą dumnie rozparło się łóżko z czystą pościelą, która promienieje wwietrzonym w nią wiatrem i słońcem zbieranym przez cały dzień. Wystarczy się w nią wtulić, aby poczuć że coś zmienia, że gdzieś ktoś się śmieje, że gdzieś ktoś kogoś kocha i że tym kimś możemy być my. Bo czemu nie? Nic, tylko owinąć się kołdrą z kubkiem herbaty i tak trwać.
W tle nieśmiało szumi przykurzony komputer- coś między zwierzęciem a maszyną. Trochę mi go szkoda. Bo tak naprawę nikt nie lubi komputerów. Można lubić broszkę z zielonym oczkiem, pomiętą, zalaną herbatą i ubrudzoną czekoladą książkę z zagiętymi rogami i obrazek od zawsze wiszący nad biurkiem. O kwiatach, zwierzętach, osobach i wszelkich innych przejawach życia nie wspomnę. Ale komputera nie można. Ludzie kochają to, co im daje. Mój młodszy brat- emocje przy różnych, jakże ambitnych grach, ja- ludzi na drugim brzegu Internetu, a taki zaokularzony informatyk ten stan po osiągnięciu celu, gdy czuje się inteligentny. A komputera nie kocha prawie (”prawie”- żeby AŻ TAK nie uogólniać, a co za tym idzie nie rozcierać pastelowego obrazu rzeczywistości) nikt.
Na ścianie obraz. właściwie obrazek. Święty taki. Ten tutaj nie zachwyca kunsztem, techniką i sercem artysty, nie przemawia do głębi. Mętne przesłanie i mętne oczy dwóch odległych osób o idealnych rysach i mimice, emanujących dostojeństwem tuż pod aureolami. Obraz widziany po raz pierwszy, a poznany na wylot znacznie wcześniej, przez wielokrotne powielanie szablonu , kopiowanie ust, nosów, policzków i czystych kolorów. Nic nowego, nic specjalnego… A jednak mimo wszystko tak skutecznie przypomina, wciąż i wciąż, że jednak jest coś jeszcze…
Drewniana podłoga, a na niej dywan. Taki zwyczajny, może brązowozielony, może niebieski, a może o barwie kawy z mlekiem. “Może” bo tak naprawdę prawie nikt nie jest pewien. Większość chodzi z głową uniesioną wysoko. Gdyby jeszcze błądzili w białej wacie cukrowej chmur… Ale nie. Zahaczają o wieżowce, odbijają się nosem od Pałacu Kultury i zmagają się z nachalnym ptakiem, którego podczas odgrywania uśmiechu połknęli. I wszyscy oni chodzą po tym samym dywanie, o którym nie mają pojęcia, a który z pokorą trochę ociepla ich pokoje. Zaokrągla kontury i zmiękcza kreskę, którą są narysowane.
Wszystko na co spojrzymy przypomina o żarówce. Pod sufitem, w najwyższym punkcie. Jej nie da się nie zauważyć. Pstryk i swoim światłem rozświetla wszystko wokół. Bardzo dokładnie. Kończą się niedomówienia, niedopowiedzenia i rzeczy nieopisywalne. Wszystko staje się jasne i oczywiste. W jednej chwili okazuje się, że ten potwór na ścianie to tylko cień kwiatka, a pod łóżkiem wcale nie ma innego świata. Że nie ma tajemnic i magii, że wszystko da się wyjaśnić racjonalnie. I im wyraźniej wszystko widzę, tym bardziej tęskno mi do świec z ich delikatnym, chybotliwym blaskiem rozbudzającym rzeki skojarzeń, o tak silnym nurcie, że porywają mnie prawie za każdym razem.
Książki dumnie obserwują otoczenie. Z grzbietów jednych pada na nas uważne spojrzenie poważnych, trochę zmęczonych kapitalików. Patrzą na nas wszystkowiedzącym i dlatego znużonym i smutnym wzrokiem, z wyrzutem, że my ot tak, po prostu, lekko i beztematycznie sobie jesteśmy. Inne figlarnie zerkają spod krzykliwych tytułów rzęs, zapraszają do słownej igraszki, niezbyt wyczerpującego tańca z literami. Uśmiechają się, flirtują, ale ja już patrzę na inne… A “inne” patrzą na mnie pytając “Kim jesteś?”. Najpierw się boję. Później wyciągam rękę i czytam pierwsze słowa.
I jeszcze mucha przez cały ten czas krąży u sufitu, zbliża się do światła, do ciepła. Do szczęścia? Nie wie dlaczego, ani po co, ale nie chce wiedzieć. Jest sobą i robi to, czego pragnie. Przecież i tak wie, że nie mogłaby wygrać z tak silnym przyciąganiem, jakie roztacza to nieopisywalne i nienazwane Coś. Podobno mądrzy ludzie określili To kiedyś słowem, ale ona czuje, że jedno słowo to za mało. Więc tylko leci w zachwycie, nie próbując sformułować argumentów. I wcale nikt nie powiedział, że jeśli większość takich jak ona w końcu ginie, to ona też musi.
A teraz pytanie. Czym jestem ja? I czym jesteś Ty, Czytelniku.
Liczba komentarzy: 9
Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack
Dodaj komentarz

muchą?
z Twojego opisu wynika że muchy są nawet fajne. Ale ja nie lubie much, więc nie będe muchą i powtórnie odpowiem na pytanie. Myślę, że jestem ‘bytem ponad konieczność’, świat mnie nie potrzebuje tylko ja go. Bo to nie drzewa potrzebują ludzi, tylko ludzie drzew; wszystko co istnieje, istnieje dla mnie. Wszystko poza innymi bytami niekoniecznymi.
( wiem ze nie na temat ale mi się przypomniał taki cytat: “Jeśli większość ma rację – jedzmy gówno… – Miliony much nie mogą się mylić” :D)
Ha, a ja kocham mój komputer. Niedorzeczne, bo nie ma czego kochać, ale tak to już jest…
Tak, w sumie też nie lubię much. Chyba odpowiedniejsza byłaby ćma.. Hm motyl nocy, jakie to romantyczne itd itp. No ale zostanie taka na pozór zwyczajna mucha
niczym
Pff, niczym, od razu niczym :p człowiek to człowiek - przede wszystkim zwierzątko. Jako niezwykle kreatywne stworzonko samo sobie nadaje znaczenie i wartość (pojedynczo lub zbiorowo). I jakoś pchamy do przodu ten wózek zwany ewolucją…
nic jest bardzo kreatywne
Jak to obliczyłem w jakimś tekście - na muchy tracimy dwa dni z trzymiesięcznych wakacji, więc szejm on muchy. Chyba, że mówimy o zespole polskim.
A jesteśmy tym, co przeczytamy.
Daniel, a może raczej tym, co widzimy, słyszymy i czujemy? Jesteśmy otoczeniem? [czy to może była złośliwość - ten, kto nie czyta, jest nikim?]
A mucha - ważna rzecz. Nawet Mickiewicz uznał je godne uwiecznienia wśród wspominek o Polsce (tak, o “Panu Tadeuszu” mówię).
Nie, tym co czytamy. Otoczenie też można czytać - z ruchu warg, z kroków, z zachowań - dlatego wszyscy czytamy.
Na tym blogu nie jestem złośliwy