Jednokierunkowy kurczak na księżyc
Tak, tak proszę państwa, ciąg dalszy relacji z życia lokatorek pokoju numer 15 w bursie. Życia barwnego, głośnego, z wiecznym bałaganem w pokoju i wiecznym bluszczem za oknem. Znaczy się no…
Zaczęło się wczoraj. (właściwie to niekoniecznie wczoraj… zaczęło się we wtorek, jak tylko się spotkałyśmy, ale nie mam tyle czasu, żeby to opisywać :P)Stan okołoksiężycowy ogarniał nas, systematycznie, wraz z trwaniem jakże mądrego filmu pt. “Dziewczyny z drużyny 3″ (W tym miejscu powinien być okrzyk radości w naszym wykonaniu, zaprezentowany po raz pierwszy na dworcu centralnym za plecami siwego pana w kapeluszu. Pana owego pozdrawiamy bo się odwrócił i uśmiechnął.). Ach ten ambitny scenariusz, ten crumping (tak, tak, tak fachowo nazywa się murzyński taniec, z lekka przypominający walczące małpy ), te okrzyki, którymi przedstawiały się cheerlederki (tak, tak, przez cały dzisiejszy dzień ćwiczyłyśmy “introduction”- “Hey Aisha!” “Hey what?” “Introduce yourself!” “No way!” “Introduce yourself!” “OK! I’m Aisha, I’m hot…. itd” mistrzostwo), no i oczywiście gwóźdź programu “szibuja” (zew wgryzający się w mózg, tak, że cały dzień chodziłyśmy i było tylko szibuja, szi, szi, szibuja… _Wszystkie te elementy sprawiły, że po zakończeniu filmu zaczęłyśmy prezentować naszej Prawie Współlokatorce elementy owego tańca, oczywiście z pełnym profesjonalizmem. Nie zostało to docenione przez krytyków w osobie naszej wychowawczyni.
Dziś. No cóż wspomniane szibuja cały czas stanowiło tło naszego dzisiejszego nastroju. Po ogólnym wypompowaniu z energii życiowej, słonecznej i myślącej, przyszedł czas na podróż autobusem do domu. No i się zaczęło… Nie pomnę o kolejnym dowodzie braku umiejętności podejmowania decyzji, którym było nasze krążenie po pasach w te i wewte tuż po zmianie światła na czerwone. Aśka stój! Albo chodź! No chodź! Albo lepiej nie, oni zaraz ruszą. Skończyło się na tym, że gdy byłyśmy przedzielone ulicą, światło ponownie zmieniło się na zielone. Chyba z litości… Później dumne dotarłyśmy do autobusu. Z godnością zajęłyśmy miejsca za jakimś młodym chłopakiem z matka, który zresztą ewidentnie przez całą podróż się nam przysłuchiwał. I jestem przekonana, że gdyby zobaczył nas po raz kolejny, z pewnością wybrałby drugi koniec autobusu. Aktualnie mam zakwasy na prawym policzku od śmiania się, a A wyszła na dworcu z bólem brzucha. Trudno powiedzieć właściwie co się stało. Dość, że jakimś cudem z piosenki “One way ticket”, którą z upodobaniem śpiewałyśmy, zrobił się jednokierunkowy kurczak na księżyc.
Aśka, Spychaczku Ty mój ![]()
1 komentarz
Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack
Dodaj komentarz

hehehe
)
(wiem, jestem wulkanem kreatywności…