Let me show you the world, shining shimmering splendid…
La la la laaa laaa la laa….
Magiczna piosenka. Magiczna bajka. Chlip. Wzruszyłam się oglądając, a ten fakt absolutnie wyjątkowy w sytuacji, gdy Aladyna malowałam w szkole już trzy (?) razy na trzech różnych plakatach, gdy otaczają mnie postacie z tej kreskówki wciąż i wciąż (nie mówiąc oczywiście o hordach im podobnych z innych bajek), i gdy tekst do piosenki na melodię “Wspaniały Świat” czytam w trzeciej już wersji. Jakby ktoś jeszcze nie zgadł: przygotowania do studniówki nasilają się.
Na szczęście. Jestem nieco uspokojona tym, że szopka w końcu zaczęła zmierzać w kierunku CZEGOŚ co może z tego wyjść. Na razie nie myślę o tym, że już za kilka dni mamy prapremierę, a jesteś w dupie, skupiam się na uczuciu uspokojenia. Prawdopodobnie chwilowego, no ale… chwilo trwaj! Co więcej pewien rodzaj rozbawienia także poprawia mi mój zmęczony i niewyspany, przeciążony garbieniem się nad plakatami i martwieniem się o przedstawienie humor, za każdym razem, gdy ktoś zupełnie naturalnie, bez wysiłku, zwraca się do mnie po imieniu. No jeżeli oczywiście przyjmiemy, że zmienna “ktoś” w poprzednim zdaniu złożonym należy do zbioru osób, których imion ja nie znam i prawdopodobnie nigdy nie poznam, co więcej, których czasem widzę pierwszy raz na me wątpliwie piękne oczy, które zresztą nie mają czasu zastanowić się nad sobą, bo już po chwili są zaabsorbowane sprawdzaniem zdatności koloru/ ubioru/ konturu/ postaci do użytku. Czemu mnie to cieszy? W jakiejś bajce, czy mitologii, czy książce wyczytałam zdanie, że definicją sławy jest to, że znają cię ludzie, których ty nie znasz. Ta daaaam. Kto chce autograf?
Jakby ktoś mnie szukał latam sobie na dywanie gdzieś nad Płońskiem

