Powinnam w sumie teraz prasować, myśleć, co włożyć do torby i posprzątać w pokoju zawalonym stosem ubrań. Jutro jadę do Francji, więc powinnam się jako tako przygotować, zwłaszcza, że bagaże wsadzamy do autobusu już dziś o 19. No ale nie mogę się powstrzymać przed tą notką. Bo mianowicie, w nocy z soboty na niedzielę była osiemnastka Marszala i szereg wydarzeń z nią związanych.
Pociąg do Żyrardowa był o 18.50. Ze Śródmieścia, do którego trzeba przecież kawałek przejść od Dworca Centralnego, na który podróż tramwajem trwa ok 20 minut. W najlepszym wypadku oczywiście.. Nie przeszkodziło nam to w wyjściu z bursy o godzinie 18.15 ze świadomością kompletnego braku biletów.
Wysiadamy z Asią i Betką na Centralnym. Asia idzie już na peron, szczęściara, zaopatrzona w bilet zaocznie, a my do kas i na spotkanie z Kasią. O problemach ze zbyt długimi kolejkami i szukaniu tej mniejszej nie wspomnę, bo są oczywiste w naszej grupie, ale to, że okazało się, że na Centralnym nie można kupić biletów na Śródmieście było dość dużym zaskoczeniem. Zwłaszcza po dość długim czasie zmarnowanym w kolejce.
Kasia: Ale ja znam skrót!
Biegiem przez peron. Wszystkie trzy błogosławiłyśmy pomyśl założenia szpilek dopiero w Żyrardowie, radośnie pędząc w balerinkach koło nie tak bardzo zaskoczonych ludzi. Jednak sytuacja nadal była absurdalna. Jeszcze nigdy biegnąc jak szybko się da nie słuchałam opowieści Kasi o jakimś chłopaku z pociągu. Kocham Cię Kasiu
Później Śródmieście. Rzut oka na znajomych stojących już na peronie i szybkie przemieszczenie się do znów zbyt długiej kolejki. Zostało 10 minut do odjazdu pociągu. W dodatku Kasia odciągnęła mnie z kolejki, prowadząc do rzekomego biletomatu, który nieuprzejmie okazał się bankomatem. Trzeba było powrócić do ogonka w poczuciu klęski.
I tutaj niespodzianka. Udało się. Tylko odeszłyśmy z biletami w dłoniach od kasy, pociąg przyjechał. Więcej szczęścia niż rozumu, jak zwykle.
Podróż minęła w miłej atmosferze, a po dotarciu na miejsce, pod eskortą Pawła przyszedł czas na prezeeenty. Mam nadzieję, że sprawiliśmy radość kompilacją najgorszych możliwych zdjęć Marszala, z oczywiście słitaśnym podpisem, że za to go kochamy (w końcu nie dał nam jeszcze jedzenia, nie może się obrazić na początku
), kieliszkami no i oczywiście Elementarzem: Kamasutra z ruchomymi obrazkami, raz
Później, cóż, zaczęło się. I jak zwykle nie wiadomo teraz co napisać, bo impreza była naprawdę świetna. Od godziny 9 do 4.30, gdy był pociąg powrotny, ani razu się nie nudziłam, ani nie siedziałam zamulając. Jak nie na parkiecie (czy na stole
), to gdzieś na dworze, słuchając Stasziców śpiewających peany na cześć Legii, czy bujając się na huśtawkach z dziewczynami. I z tego miejsca pozdrawiam moich partnerów: Adamie, Pawle i Maćku było zajebiście ;D Naprawdę dawno się tak nie wytańczyłam, jeśli nie nigdy. Byliście dzielni
(podczas tańca: Paweł: M, na ile jesteś trzeźwa? M: W jakiej skali? P: no od 1 do 10. M: ale 1 trzeźwa, czy pijana? (tutaj dłuższa licytacja, co jest czym) M: No to tak 5-6… )
Z racji, że na imprezie było zbyt wspaniale, żeby to opisać, więc pójdę dalej. Po kolejnym wariackim kupowaniu biletów w ostatniej chwili nastąpił powrót do Warszawy. Tutaj Kasia coś mówiła o jakichś panach z ich zabawną rozmową, która powinnam uwiecznić na blogu, ale jako, że sama jej nie słyszałam, spałam, to zachęcam ją do opisu w komentarzu
Na Śródmieściu oświecenie: Trzeba coś zjeść. Po spacerze (to ma być spacer! Było zimno, zimno, zimno!!!!!) do 24- godzinnego Maca na Świętokrzyskiej poczułam się bardzo rodzinnie. Stojąc w ogonku pełnym bladych, trzęsących się z zimna, ale bardzo rozbawionych ludzi po imprezach poczułam się członkinią nietrwałej, ale bardzo zżytej społeczności, czekającą na łaskę z małego okienka. Te tosty były wyjątkowo pyszne, naprawdę.
Powrót do bursy i godzinna drzemka to nic wartego uwagi. Ważniejsze jest, że po całej bardzo intensywnej nocy miałam koncert z orkiestrą na południu Warszawy, czyli zdecydowanie zbyt daleko! Niesamowicie ciężka torba (musiałam wziąć znacznie więcej rzeczy niż zwykle) plus moje absolutne wykończenie to nie jest najlepsza kombinacja. Na szczęście udało mi się załatwić sobie transport, za co bardzo dziękuję i ze znajomymi z orkiestry udało nam się tam trafić samochodem. Okazuję się, że po nieprzespanej nocy czytanie mapy idzie mi lepiej niż zwykle
Na miejsce przybyliśmy równo z autobusem z orkiestry.
W sumie to granie chyba było jakieś ważne. Był Wałęsa i minister rolnictwa, a co więcej był chłopak przebrany za tę cudowną rybę z reklamy! Niestety jakoś nie ogarnęłam zdjęcia z nim (oczywiście z Fishem, kto by tam chciał Wałęsę?
), ale niezmierną wesołością napawał mnie (i tłumy ludzi wokół mnie) widok kostiumu, który rozdarł się z tyłu, ukazając światu ciemnoniebieskie majtki chłopaka. Cóż.
O tym jak mi się grało nie wypowiadam się. Pochód i koncert to za dużo chyba. Dobrze, że chociaż obiad był smaczny.
I, że było dużo stokrotek! Zrobiłam sandrze wianek!
Potem wróciłam do domu. I poszłam spać.
