Na urodziny życzcie mi szczęścia, siły i odwagi. Miłość mam.

Nad Miastem

Cóż wygląda na to, że moje życie w końcu diametralnie się zmieni i będę w pełni uprawniona do zmiany obrazka u góry strony.

Coś w stylu “Nad Miastem” Szagala (jakkolwiek się pisze to nazwisko mam je utrwalone w wersji fonetycznej :P ). Wybór szeroki, na szczęście wielu było zakochanych malarzy.

Ale to za jakiś, bardzo niedługi zresztą, czas. Innej możliwości nie ma.

A tak poza tym to jest mi właśnie przeraźliwie zimno, do tego stopnia, że pisanie na klawiaturze jest nieomal niemożliwością. Jak zawsze wybieram ku temu najodpowiedniejszą z odpowiednich pór, tak wiem. A teraz: Cóż, po maratonie przez groby Kozienickie jestem zmarznięta i będę miała katar. Co gorsze, pozostaję w niepewności bez odpowiedzi na pytanie czemu mówi się “iść na grób” a nie “do grobu”. Życie traci sens, gdy jest za dużo pytań bez odpowiedzi i jest się zbyt leniwym, żeby ich szukać.

Apropos lenistwa: moja matura rozpaczliwie woła gdzieś z daleka moje imię, przyzywając mnie do zawarcia z nią bliższej znajomości (chyba czuje sie samotna biedaczka), tak więc poczyniłam następujące czynności, jeśli chodzi o przygotowania do niej:

-Jestem właśnie na bardzo zaawansowanym etapie wmawiania sobie, że nic nie umiem z fizyki i że muszę kupić jakiś podręcznik z tej okazji. Myślę, że owoce tych czynności dojrzeją za miesiąc.

-Pławię się w słowach Pani Profesor Polonistki, że przy mojej świetnej intuicji humanistycznej wystarczy tylko odrobina pracy, żebyśmy były zadowolone z mojego wyniku na maturze.

-Wydrukowałam arkusze matury podstawowej matematyki, co więcej zrobiłam (sic!) jeden z nich! Co prawda w szkole i na jakiejś nudnej lekcji, ale nie czepiajmy się szczegółów.

-Dowiedziałam się od miłej Pani Z Sekretariatu (którą tutaj serdecznie pozdrawiam) jak wygląda tablica wzorów matemtycznych na maturze. Wygląda ładnie i daje nadzieję, więc z tego punktu wynika kolejny:

-Utrzymuje w sobie nadzieję, że kilkustornicowa książeczka, którą dostaniemy na matematyce jako pomoc naukową rozwiąże za mnie wszystkie moje zadania.

i tutaj uwaga najważniejsze, najbardziej pracochłonne czynności:

-Uśmiechnęłam się do cioci polonistki w sprawie mojej prezentacji maturalnej, która (ciocia, a nie prezentacja) zgodziła się mi pomóc w jej (prezentacji, nie cioci) przygotowaniu.

-WSTAŁAM O SZÓSTEJ RANO NA FAKULTETY Z MATEMATYKI (Wypowiedz Pani profesor: “ooooo Martika z Aśką, święto jakieś…” jednoznacznie potwierdza mój (no dobra nasz :) ) trud i wyrzeczenia, jakie poniosłam aby się zjawić) i ZAMIERZAM TO ROBIĆ(tj. wstawac w każdy piątek o tej nocnej godzinie)  DALEJ.

jestem taka wzruszona, wyrosła ze mnie taka odpowiedzialna kobieta.

I jeszcze jedno: Chce tutaj pochwalić klasę moją własną IIIF, że jest zajebista ;) Wszyscy razem, jako grupa i każdy z osobna, jako eeee… każdy z osobna. :P (tak, tak podlizuję się przed 21 listopada :) )

PS: Będzie dobrze! :*

twarzą w tort

Nic nie może porównać się z uczuciem gdy popijasz lekarstwo, absolutnie nie do przyjęcia w smaku, po każdym łyku odstawiając na biurko kubek, a gdy ponownie po niego sięgasz okazuje się, że wypiło się już wszystko i pozostał jedynie przeraźliwie gorzki osad na ustach. Mimo oczywistej ulgi poczułam dziwne rozczarowanie. Może mam potrzebę udowadniania sobie jaka jestem dzielna?

Ale jakże mam nie byc dzielną po ponad tygodniu smarkania, kichania, łykania tabletek i popijania herbatek, zarażania społeczeństwa i unikania WFu? M jest chora i już.

A tak naprawdę to piszę tutaj, bo mam jutro klasówkę z matematyki. Wydarzenie to, samo w sobie złe i okrutne ma jednak pewne dobre następstwa (przedstępstwa?) bo motywuje do robienia rzeczy twórczych kiedy obejrzało się już wszystkie obowiązkowo oglądane strony i nie ma dalej jak się wymigiwiać od powtórki z badania przebiegu zmienności funkcji. Zresztą znając życie nasza nieoceniona Pani Profesor i tak da nam taki przypadek na którym cała klasa się wyłoży, więc po co to wszystko? Marność, marność i wszystko marność, jakby powiedział pewien prorok.

Nic to, zwłaszcza, że wyżej wymienioną Panią Profesor pragnę pozdrowić, z racji zaskakująco miłych i wyrozumiałych reakcji z jej strony w tygodniu ostatnim: Piątek po imprezie czwartkowej, w klasie 21 osób w tym kilka umiera na ławkach podczas dwugodzinnej matmy (spośród których trzy spały u znajomego znajomych, po czym brały prysznic w szkole niecnie wkradając się na WF niczemu nie winnej klasy drugiej. Spośród których jedna oberwała ok godziny 4 tortem twarz. A raczej ktoś wsadził jej twarz w tort. Zresztą nie wnikajmy z szczegóły. Zgadnijcie tylko kto był tym wybrańcem….)

A dzisiaj w końcu się zebrałam i uprałam biedną kurtkę z tortu

Ludzie listy piszą

Dostałam dziś list, co sprawia, że dzień od razu wydaje się fajniejszy. No bo jednak miło się dowiedzieć, że ktoś gdzieś tam w zimnej Anglii pomyślał sobie o  mnie, co więcej, nie tylko pomyślał, ale też usiadł nad papeterią z długopisem w ręku i poczłapał gdzieś tam kupić znaczek i wysłać to wybitnie agnieszkowe, a przez to unikatowo radosne dzieło. (btw: http://apiliszek.wordpress.com) Do tego stopnia miłe, że zmobilizowałam wszystkie swoje siły i wzięłam się do roboty. Też będę tak samo fajna jak Agnieszka i też wyślę do niej list. Taki długi i papierowy, a co!

Więc napisałam. I okazało się, że dwie strony a4 to za mało na opowiedzenie wszystkich wydarzeń, dla których powinno znaleźć się tam miejsce. Zresztą przecież to nie o wydarzeniach się najlepiej pisze, bo to co jest, wcale nie musiało się wydarzyć (tak, to bardzo głęboka myśl, dajmy jej kilka sekund.)

Więc tak. Byłam w Warszawie z moimi chłopakami. I oczywiście udało nam się niepotrzebnie łazić w to i z powrotem szukając sklepu muzycznego, którego, tego z właściwą zawartością nie udało nam się znaleźć, udało się iść do KFC i wypić zbyt dużo koli ze stanowczo zbyt jednej słomki no i udało się…

Skrzyżowanie Marszałkowskiej z ..? (Tam koło takiego Konia, co się wypina zadem na ludzi.) Dużo dużo przejść, wysepek, półwysepek i stożków wulkanicznych. My, po przekątnej do miejsca docelowego. Chodźcie w lewo.

Tup, tup, tup. Przejście do połowy wysepki. EJ, ale tam, nie ma przejścia (z tego miejsca, na które mieliśmy dojść, czyli przez Marszałkowską, po drugiej stronie tego czegoś z czym się krzyżuje)

Tup, tup, tup wracamy.

Tup, tup, tup na około i jesteśmy.

Czyli łącznie zamiast dwóch boków skrzyżowania prześliśmy trzy.

Ej, ale tam jednak jest przejście. Podziemne.

Czyli wszystko cudownie po staremu.

No i była potem też Europarada, no ale nie bardzo jest o czym pisać w związku z nią. Bo, cóż, niestety wstyd się przyznać, ale to był lekki niewypał. :P Na szczęście Pana Tadeusza, który został zagrany przez nas absolutnie tragicznie na samo jej otwarcie, zrekompensował nasz godzinny koncert i późniejsze (już po cywilu) tańczenie pod sceną z Włochami do ich utworów ludowych. Co, my nie pójdziemy? :) I nauczyłam się kryyycia na trąbce :D

I tutaj zdjęcie europaradowe z uroczym znakiem wodnym gazety Płońszczak Press. Ja to ta w buraczanym.

Euuuroparada

A tak na serio to gram na waltorni i jestem prawoskrzydłowa. Ot, taka zagadka. (tia, jakby co najmniej ktoś kto mnie nie zna, czytał to :D )

A teraz się lenię i mam prośbę do ogółu społeczeństwa, żeby ktoś mnie wyciągnął z domu :P

bleafalsfjlasdfjasdfsafasf

Europarada zbliża się wielkimi krokami. Co ciekawe, nie jest konieczne nawet jej rozpoczęcie, żebym była nią zmęczona. Codzienne próby z musztrą, którą się stanowczo za bardzo przejmuję to chyba za wiele.

Trochę mi wstyd z tego powodu, ale cóż, tęsknie do szkoły. Pomijając przykry fakt nieznalezienia mieszkania do wynajęcia (znaczy mieszkanie było… nawet idealne…), co wiąże się z dalszym koczowaniem w bursie tamtejsza rzeczywistość wydaje się nieporównanie bardziej różowa. Cóż, muszę przyznać, że rok szkolny, w którym muszę się jedynie uczyć i sprawiać pozory dobrego zachowania w bursie jest idealnym dla mnie czasem. Zwłaszcza, że moje skłonności do czucia się samotną i nikomu niepotrzebną są  pieczałowicie zwalczane przez kilka oddanych mi osób praktycznie każego dnia. Tęsknię za tym bardzo. I nawet takie drobnostki jak fizyka której NIE UMIEM i matura nie zmniejszają mojego pragnienia powrotu. Co oczywiście nie oznacza, że będę niechętnie przyjeżdżać do domu na weekendy. W końcu tutaj też jednak mam znajomych :)

A. No i to już ostatnie takie wakacje. Cudownie :*

ludzie inteligientni o szerokich horyzontach myślowych

Dnia dzisiejszego organy rozległy się we wszystkich przepełnionych kościołach, a na ulice wylegli żołnierze w największej gali i przepychu. Musztry paradne, przemówienia, prezentacje broni, baczność, spocznij i na prawo patrz, a wszystko to z okazji jedynego w swoim rodzaju święta. Nawet Madonna zaszczyciła nas swą osobą w dniu dzisiejszym! Biało czerwone flagi i składanie kwiatów pod pomnikami pomieszane z dziękczynnymi pieśniami i okrzykami tłumów na koncercie w Warszawie a wszystko to… “Czemu?” zapytają dzieci.

Otóż dziś są imieniny mojej babci.

Więc w domu od trzech dni królowały przygotowania. Ciasta w blachach i naga kaczka w marynacie krążyły w tę i wewtę po kuchni od czasu do czasu wchodząc w kolizje z frytkami i kotletami już z serem w środku, ale jeszcze przecież nie w panierce! Jednak szczęśliwie udało się w porę uporządkować ten pozorny rozgardiasz i o Świętej Godzinie Drugiej było dziś wszystko gotowe.

I muszę przyznać, że udało się znakomicie, bo były to jedne z lepszych imienin jakie pamiętam. Więc przybyli tłumnie najbliżsi krewni w liczbie osób 8, co daje wraz z naszą czwórką powalającą liczbę osób 12 (ba, w końcu mat-fiz, trzeba się popisać :p). Oprócz Babci Basi (siostra babci) przybył Wujek Arek wraz z Małżonką i Kapslem (synem najmłodszym) a za nim Córka Jego Ania wraz z Narzeczonym Pawłem (będzie ślub! będzie wesele! po latach suszy i nieurodzaju w koooońcu!) aż wreszcie przybył też Oddział Warszawski o którym słuch już dawno zaginął to jest Ciotka (Pani?) Grażyna z Mężem Henrykiem.

I cóż całe to towarzystwo nadało nieporównany koloryt spotkaniu.

Nieodwołalnie gwiazdą spotkania była Ciotka Grażyna i jej Małżonek. Ludzie nie widzeni przeze mnie od lat 9 (sic!) przez co moje wrażenie jest dość hm obiektywne? I teraz nie wiem od czego zacząć opisując te parę. Ciotka uczuciowa i pełna emocji, których nie omieszkała wyrażać każdym sposobem (a ich mnogość zwiększała się wraz z ilością wypitego wina) była pięknym kontrastem dla statecznego Henryka, który jednym słowem potrafił skomentować perory swojej żony na temat jej geneaologii (“No i wiecie, bo MÓJ dziadek, czyli Twój pradziadek eeee Martiko to był bardzo inteligIentny człowiek! No i moja matka też przecież! I ta inteligiencja którą ja mam, bo przepraszam bardzo, ale jestem bardziej inteligientna od Gosi [siostry], to ja mam właśnie po nich, mo moim dziadku i mojej mamie, no ona nie ma takich szerokich horyzontów myślowych niestety… No i wiesz Piotruś [mój tata], ja bardzo lubię z tobą r0zmawiać, bo ja to się pasjonuje polityką i jakimiś sprawami społecznymi, a ty to jesteś taki ingeligientny człowiek, masz szerokie horyzonty myślowe…”). Cóż porozumiewawcze spojrzenia moje i mamy mówiły wszystko (“A ty Martika jaka ty jesteś podobna do mamy, wykapana mama, no jak była młoda. Znaczy teraz też jesteś ładna Anetko, no ale teraz Martika po tobie, a ja ci mówiłam żebyś poszła na miss, pamiętasz, jak to były pierwsze wybory w osiemdziesiątym roku, to żebyś poszła, no wykapana Anetka, naprawdę!” [na co, swoją drogą mój tata się obruszał "tak jakbym ja do tego ręki nie przyłożył" Wujek Arek: "No bo chyba nie rękę..."]). I tak dalej i tak dalej. Ale, bądź co bądź historia rodzinna której się dowiedziałam była bardzo ciekawa.

Otóż pomijając to, że przez kilka pokoleń w mojej rodzinie były same nie do końca akceptowane przez rodziców małżeństwa (;p) to okazuje się, że wspomniana kilka miesięcy temu Babcia Kandziulandzia nie tylko obcinała skórom dzików pyski i kopyta, ale też w 1945 szła na piechotę w dwie strony do Działdowa (1oo km w linii prostej), gdzie jakimś cudem wykupiła swojego męża z obozu koncentracyjnego, a gdy przeszli pół kilometra obóz ten wybuchł za ich plecami…

(Nie mówiąc oczywiście o szeregu morderstw, samobójstw i przekrętów które wyszły dziś na światło dzienne jako powiązane z moją rodziną. Cóż dobrze znać swoje korzenie… “No i wiesz Martika, ten mój dziadek, czyli Twój prapradziadek on był prokuratorem generalnym wiesz? No co prawda dostał wyrok śmierci, ale był prokuratorem generalnym! A, no i jego żona syna, Zygmunta, urodziła w więzieniu, a potem jego syn, no wiesz teraz jest ta głośna afera…”)

Nie mówiąc już o zwyczajnym sposobie bycia Wujka Arka, nieporównanym w swej eee bezpośredniości (Bo ja jestem człowiek prosty, który trafia do ludu, do mas, a nie tylko do elity! Człowiek “inteligientny to jest taki co się z każdym porozumie” [To już po wyjściu Ciotki ;p]) i o sposobie w jaki opowiadał tacie film który widział i doskonale pamiętał.

A no i jeszcze jedno. Zmywarka jest cudownym wynalazkiem. Po raz pierwszy podczas uroczystości rodzinnej umyłam tylko trzy patelnie. CUDO!

bzzzz?

Nienawidzę lata.

Znaczy się ogólnie to nawet lubię. Ciepłe słoneczne dni pozwalające na nieco lżejsze i przez to bardziej fantazyjne ubiory, na chodzenie bez rajstop, długo i daleko bez najmniejszej myśli o zmarznięciu w dodatku wypełnione absolutnie ogromną masą nicnierobienia mają swój urok.

Więc gdy jestem w środku dnia lato wydaje się całkiem niezłe (o ile nie jest zbyt gorące, co na szczęście nam w Polsce nie grozi).

Ranki, które dość oczywiście już u zarania dziejów mianowałam najgorszymi częściami dnia o dziwo tutaj okazują również przychylną mi twarz. A może inaczej- nie okazują jej w ogóle, co w ich przypadku jest ogromną zaletą. M budzi się w południe, gdy ranek już dawno zapomniał, że przechodził koło mojego domu.

Wieczory jako takie również są przyjemne. Ciepło za oknem i wspomniany wcześniej brak ranków skłaniają jeśli nie do imprez na świerzym powietrzu  to chociaż do czytania książki do godziny niewiemktórej.

Więc gdzie w tym wszystkim owo nienawidzę? Już śpieszę, aby wyjaśnić tajemnicę.

M bardzo lubi spać. Nie ma nic lepszego niż uczucie gdy kładąc się czuję jak wszystkie kości łagodnie (no dobrze, czasem z chrzęstem :P ) osiadają na swoim miejscu i oto ja jestem gotowa na nadejście snu. Zamykam oczy, wtulam się w cudownie miękką i pachnącą poduszkę, rozkoszując się ciepłem kołdry i już moje myśli zaczynają biec tym ulubionym z rytmów gdy prawie ich nie kontroluje..

………..!

Nie, to niemożliwe, przecież zabiłam WSZYSTKIE, dokładnie sprawdzałam, pięc razy obchodziłam cały pokój, musiałam się przesłyszeć…

dzsssssss…..!

nie przesłyszałam się, teraz już wiem, ale przecież nie muszę wstawać, przecież zaraz odleci, nie może być życie tak okrutne, może to jest ewenement, wegetarianin? Przecież nie lata tak blisko, nie słyszę go jeszcze tuż koło ucha, nie lata przy samej twarzy jak to mają w zwyczaju jego pobratymcy i wcale nie zamierza mnie ugryźć, prawda?

BZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Zamierzał.

Nienawidzę lata.

Jędrek!

Mój staruszek komputer się na mnie wyraźnie mści. Tylko nie mam pojęcia czemu, przecież pozostawionego go martwego i rozczłonkowanego pod biurkiem na półtora miesiąca chyba nie jest aż tak straszliwą zbrodnią prawda? Cóż najwidoczniej nie wie biedak co czyni, bo jeśli nie przestanie pracować z prędkością bardzo pijanego żółwia, to nie omieszkam delikatnie i niesmiało, acz zdecydowanie poprosić rodziców o przyspieszenie mojego zapowiedzianego prezentu osiemnastkowego mianowicie laptopa.

W nadziei, że powyższa groźba przemówiła mu do rozsądku, przechodzę do dalszej części wpisu.

Od ostatniej porządnej notki działo się zbyt wiele, abym mogła godnie napisac coś ciekawego o wydarzeniach ubiegłym. Nie chcąc więc wypaczać i krzywdzić ich wszystkich nie będę próbować tego robić pozostawiając Ciebie biedny, niewinny czytelniku w rozpaczliwej niepewności.

Wspomnę tylko, że we Włoszech było w sumie nieźle a w Bułgarii najbardziej podobała mi się Serbia (no i aquapark- cudowny, ogromny z wielką ilością zjeżdżalni, basenów i innych wodnych pierdół o których zawsze marzyłam. Okazuje się, że takie zachcianki nie mogą sie przeterminować :) ).

Nic to, teraz siedze w domu zajęta czytaniem Potopu ( o którym wszystkie złe słowa z mojej strony odwołuje i ogłaszam mianem oszczerstw, bo aktualnie jestem pod nieustającym czarem Kmicica, który w tym momencie wyrusza na wojnę ze Szwedami na czele Tatarów, dlatego też muszę czym prędzej wrócić do niego, bo jeszcze zginie. :P ) i zabijaniem niezliczonej liczby komarów, które upodobały sobie moje żółte ściany do zostawiania na nich czarno krwawych śladów. Nie wiem, musi być u nich jakaś moda na bycie zabitym gramatyką na bardzo dobry  z piątej klasy podstawówki. A ja nie zawodzę ich nadziei.

No i czasami jeszcze orkiestra, próba i ostatnio bardzo miłe wyjścia z dziewczynami. Nie, teraz już się nie nudzę.

Wakacje mijają powoli, acz konsekwentnie, co mnie niezmiernie cieszy. Zostało nieco ponad pół miesiąca do mojego powrotu do Warszawy. No cóż ale mam nadzieję, że  już niedługo to co tam jest normalne, będzie wszędzie na tych samych prawach.

Co tam “mam nadzieję”. Uda się i już!

kajam się.

Tak, tak kajam się, proszę o wybaczenie i płaszczę się do stóp tym Czytelnikom, którym się jeszcze chce tutaj zaglądać. Brakuje mi czasu, brakuje mi motywacji, komputera i jakiejkolwiek energii życiowej do robienia czegokolwiek, nawet nie mówiąc o pisaniu.

Ale. Czuję, że powoli wracam do siebie. Pobyt we włoszech z orkiestrą, ożywienie stosunków towarzyskich i wyjazd do Bułgarii w najbliższej przyszłości dają nadzieje na odzyskanie formy.

Myślę, że jak wrócę, będę z powrotem też tutaj. Więc- “niech żywi nie tracą nadziei!”

A swoją drogą to Potop jest absolutnie ZBYT nudny.

Sobota/ niedziela! Znaczy osiemnastka sezonu :) (ten post ma 777 słów!)

Powinnam w sumie teraz prasować, myśleć, co włożyć do torby i posprzątać w pokoju zawalonym stosem ubrań. Jutro jadę do Francji, więc powinnam się jako tako przygotować, zwłaszcza, że bagaże wsadzamy do autobusu już dziś o 19. No ale nie mogę się powstrzymać przed tą notką. Bo mianowicie, w nocy z soboty na niedzielę była osiemnastka Marszala i szereg wydarzeń z nią związanych.

Pociąg do Żyrardowa był o 18.50. Ze Śródmieścia, do którego trzeba przecież kawałek przejść od Dworca Centralnego, na który podróż tramwajem trwa ok 20 minut. W najlepszym wypadku oczywiście.. Nie przeszkodziło nam to w wyjściu z bursy o godzinie 18.15 ze świadomością kompletnego braku biletów.

Wysiadamy z Asią i Betką na Centralnym. Asia idzie już na peron, szczęściara, zaopatrzona w bilet zaocznie, a my do kas i na spotkanie z Kasią. O problemach ze zbyt długimi kolejkami i szukaniu tej mniejszej nie wspomnę, bo są oczywiste w naszej grupie, ale to, że okazało się, że na Centralnym nie można kupić biletów na Śródmieście było dość dużym zaskoczeniem. Zwłaszcza po dość długim czasie zmarnowanym w kolejce.

Kasia: Ale ja znam skrót!

Biegiem przez peron. Wszystkie trzy błogosławiłyśmy pomyśl założenia szpilek dopiero w Żyrardowie, radośnie pędząc w balerinkach koło nie tak bardzo zaskoczonych ludzi. Jednak sytuacja nadal była absurdalna. Jeszcze nigdy biegnąc jak szybko się da nie słuchałam opowieści Kasi o jakimś chłopaku z pociągu. Kocham Cię Kasiu :)

Później Śródmieście. Rzut oka na znajomych stojących już na peronie i szybkie przemieszczenie się do znów zbyt długiej kolejki. Zostało 10 minut do odjazdu pociągu. W dodatku Kasia odciągnęła mnie z kolejki, prowadząc do rzekomego biletomatu, który nieuprzejmie okazał się bankomatem. Trzeba było powrócić do ogonka w poczuciu klęski.

I tutaj niespodzianka. Udało się. Tylko odeszłyśmy z biletami w dłoniach od kasy, pociąg przyjechał. Więcej szczęścia niż rozumu, jak zwykle.

Podróż minęła w miłej atmosferze, a po dotarciu na miejsce, pod eskortą Pawła przyszedł czas na prezeeenty. Mam nadzieję, że sprawiliśmy radość kompilacją najgorszych możliwych zdjęć Marszala, z oczywiście słitaśnym podpisem, że za to go kochamy (w końcu nie dał nam jeszcze jedzenia, nie może się obrazić na początku :) ), kieliszkami no i oczywiście Elementarzem: Kamasutra z ruchomymi obrazkami, raz :)

Później, cóż, zaczęło się. I jak zwykle nie wiadomo teraz co napisać, bo impreza była naprawdę świetna. Od godziny 9 do 4.30, gdy był pociąg powrotny, ani razu się nie nudziłam, ani nie siedziałam zamulając. Jak nie na parkiecie (czy na stole :P ), to gdzieś na dworze, słuchając Stasziców śpiewających peany na cześć Legii, czy bujając się na huśtawkach z dziewczynami.  I z tego miejsca pozdrawiam moich partnerów: Adamie, Pawle i Maćku było zajebiście ;D Naprawdę dawno się tak nie wytańczyłam, jeśli nie nigdy. Byliście dzielni :) (podczas tańca: Paweł: M, na ile jesteś trzeźwa? M: W jakiej skali? P: no od 1 do 10. M: ale 1 trzeźwa, czy pijana? (tutaj dłuższa licytacja, co jest czym) M: No to tak 5-6… )

Z racji, że na imprezie było zbyt wspaniale, żeby to opisać, więc pójdę dalej. Po kolejnym wariackim kupowaniu biletów w ostatniej chwili nastąpił powrót do Warszawy. Tutaj Kasia coś mówiła o jakichś panach z ich zabawną rozmową, która powinnam uwiecznić na blogu, ale jako, że sama jej nie słyszałam, spałam, to zachęcam ją do opisu w komentarzu :) Na Śródmieściu oświecenie: Trzeba coś zjeść. Po spacerze (to ma być spacer! Było zimno, zimno, zimno!!!!!) do 24- godzinnego Maca na Świętokrzyskiej poczułam się bardzo rodzinnie. Stojąc w ogonku pełnym bladych, trzęsących się z zimna, ale bardzo rozbawionych ludzi po imprezach poczułam się członkinią nietrwałej, ale bardzo zżytej społeczności, czekającą na łaskę z małego okienka. Te tosty były wyjątkowo pyszne, naprawdę.

Powrót do bursy i godzinna drzemka to nic wartego uwagi. Ważniejsze jest, że po całej bardzo intensywnej nocy miałam koncert z orkiestrą na południu Warszawy, czyli zdecydowanie zbyt daleko! Niesamowicie ciężka torba (musiałam wziąć znacznie więcej rzeczy niż zwykle) plus moje absolutne wykończenie to nie jest najlepsza kombinacja. Na szczęście udało mi się załatwić sobie transport, za co bardzo dziękuję i ze znajomymi z orkiestry udało nam się tam trafić samochodem. Okazuję się, że po nieprzespanej nocy czytanie mapy idzie mi lepiej niż zwykle ;) Na miejsce przybyliśmy równo z autobusem z orkiestry.

W sumie to granie chyba było jakieś ważne. Był Wałęsa i minister rolnictwa, a co więcej był chłopak przebrany za tę cudowną rybę z reklamy! Niestety jakoś nie ogarnęłam zdjęcia z nim (oczywiście z Fishem, kto by tam chciał Wałęsę? :P ), ale niezmierną wesołością napawał mnie (i tłumy ludzi wokół mnie) widok kostiumu, który rozdarł się z tyłu, ukazając światu ciemnoniebieskie majtki chłopaka. Cóż. :)

O tym jak mi się grało nie wypowiadam się. Pochód i koncert to za dużo chyba. Dobrze, że chociaż obiad był smaczny.

I, że było dużo stokrotek! Zrobiłam sandrze wianek! :)

Potem wróciłam do domu. I poszłam spać.