Aladin

Let me show you the world, shining shimmering splendid…
La la la laaa laaa la laa….

Magiczna piosenka. Magiczna bajka. Chlip. Wzruszyłam się oglądając, a ten fakt absolutnie wyjątkowy w sytuacji, gdy Aladyna malowałam w szkole już trzy (?) razy na trzech różnych plakatach, gdy otaczają mnie postacie z tej kreskówki wciąż i wciąż (nie mówiąc oczywiście o hordach im podobnych z innych bajek), i gdy tekst do piosenki na melodię “Wspaniały Świat” czytam w trzeciej już wersji. Jakby ktoś jeszcze nie zgadł: przygotowania do studniówki nasilają się.

Na szczęście. Jestem nieco uspokojona tym, że szopka w końcu zaczęła zmierzać w kierunku CZEGOŚ co może z tego wyjść. Na razie nie myślę o tym, że już za kilka dni mamy prapremierę, a jesteś w dupie, skupiam się na uczuciu uspokojenia. Prawdopodobnie chwilowego, no ale… chwilo trwaj! Co więcej pewien rodzaj rozbawienia także poprawia mi mój zmęczony i niewyspany, przeciążony garbieniem się nad plakatami i martwieniem się o przedstawienie humor, za każdym razem, gdy ktoś zupełnie naturalnie, bez wysiłku, zwraca się do mnie po imieniu. No jeżeli oczywiście przyjmiemy, że zmienna “ktoś” w poprzednim zdaniu złożonym należy do zbioru osób, których imion ja nie znam i prawdopodobnie nigdy nie poznam, co więcej, których czasem widzę pierwszy raz na me wątpliwie piękne oczy, które zresztą nie mają czasu zastanowić się nad sobą, bo już po chwili są zaabsorbowane sprawdzaniem zdatności koloru/ ubioru/ konturu/ postaci do użytku. Czemu mnie to cieszy? W jakiejś bajce, czy mitologii, czy książce wyczytałam zdanie, że definicją sławy jest to, że znają cię ludzie, których ty nie znasz. Ta daaaam. Kto chce autograf? :) Jakby ktoś mnie szukał latam sobie na dywanie gdzieś nad Płońskiem :)

Liczby zespolone

Matko.
Umarłam.
Dekoracje do studniówki jednak mnie przytłoczyły. Przed oczami mam już tylko pastelowe suknie Kopciuszka i Śpiącej Królewny, martwię się pędzącym lasem Łukiana i kto do cholery namalował w naszym pięknym ogrodzie z Herculesa człowieka tonącego w fontannie. Nie mówiąc już o tym jak bardzo daję się we znaki wszytkim pierwszo i drugo klasistom, których konsekwentnie usuwam z korytarza na pierwszym piętrze, nieugięcie rozkazując iść góra. Jak bardzo mnie to męczy nie powiem… I jak bardzo cierpią na tym moje finanse też nie- siedzenie w szkołe do 18- 19 ma to do siebie, że potem nie ma co jeść w bursie. Zło.

Jakby tego było mało, dwa tygodnie, które pozostały do studniówki wydają się absolutnie zbyt ciasne na wyrobienie się ze zrobienie Szopki Studniówkowej Którą Powali Pokolenia. W ten projekt też się zaangażowałam, niespodzianka, i chyba zaczynam powoli płacić za to, że nie umiem siedzieć nigdy spokojnie na tyłku w kącie. No cóż… Dobrze jest znać siebie na tyle, że teraz będę narzekać, a później będę dumna. Dumna, dumna, dumna! Prawda?

O rety, rety….

Nie wiem jak przy tym wszystkim znajduje siłę na użeranie się z lokatorkami z pokoju obok, które jakże dojrzałe w swej odmienności słuchają rocka o godzinie 00.30. Codziennie. A zwłaszcza w dni, kiedy muszę wstać o 6 następnego dnia. Bo muszę na 7.20 stawić na próbie poloneza, który nie WYCHODZI. Jednakże napawa mnie dumą stopień mojej samokontroli w tej kwestii, bo skutecznie udaje mi się hamować moje despotyczne zapędy, które nasilają się tym bardziej, im osoba za coś odpowiedzialna jest bardziej niekompetentna. Masakra.

Za to jestem z siebie dumna, bo moje drugie zerwanie sie o 6 w tym tygodniu było jak najbardziej opłacalne, dowiedziałam się prawdy życiowej. Otóż, wiem mianowicie, czymże jest liczba zespolona :) Ha :D A Wy nie wiecie! :D

press refresh and start again :D

Now you’re a hero you managed to beat the whole damn ga-ame!

Ale przejdę jeszcze raz, i jeszcze raz :D Uzależniłam się od tej piosnki. Ta opowieść o mojej  cnocie i bohaterstwie, jak zabiłam bossa, piękna. Od razu czuję się fajniejsza ;D

Więc I “press refresh and start again!”

A tak w ramach wyjaśnienia link- i pamiętajcie! You have to burn the rope! :D

TUTAAAAAJ! :)

Ale niestety zawsze nadchodzi moment, w którym trzeba przestać być bohaterem i zająć się bardziej przyziemnymi rzeczami. Czuję, że ów nastąpi już niedługo, już jutro, już za chwilę, bo trzeba wracać do Warszawy. Nie przeczę, że nie (mwehehheeh), nawet się z tego cieszę, no ale fakty są takie, że szykuję się absolutna maaasa roboty. Mam nadzieję, że nie przygniotą mnie tony dekoracji studniówkowych, że nie zgubie się pomiędzy kolumnami Herkulesa, nie przytłoczy mnie las równikowy, tudzież europejski mieszany, ani, że nie przysypią mnie kartony, z których będę budować mur. Nie wiem jak pracę nad tym wszystkim połączę ze śledzenim pani profesor od polskiego, którą mam grać na szopce, no ale… Co ja nie dam rady? :)

A matura? Nie zaprzątajcie mi głowy maturą! ;p

matematyka i szampan

Boli mnie głowa…

I oczywiście wszystko jest przeciwko mnie w tej sytuacji. Mój tatuś kupił sobie nowe kolumny co jest równoznaczne z puszczaniem non stop czegoś co brzmi jak Vivaldi na zmianę z czymś co brzmi jak… w sumie nie wiem jak brzmi to po prostu dziwne i denerwujące. Poza tym mój brat dostał grę na święta, której autorzy wspaniałomyślnie wymyślili bardzo rozbudowaną ścieżkę dźwiękową, która idealnie wpada w akurat w tę czestotliwości w których bolą mnie oczy. Nie mówiąc oczywiście o tym jak irytująco głośno gotuje się mleko, czy smaży sie jajecznica…

Oczywiście musi być też coś ekstra? Moja migrena zawsze ma wyczucie chwili- 16.30 jest idealną porą, żeby głowa zaczęla mnie boleć. Jestem pełna podziwu dla zbrodniczego kunsztu wyżej wymienionej- o 17.00 zaczyna się próba z orkiestrą. A ja siedze koło Prezesa.  A Prezes gra na lirze. A lira… ech no jak ktoś nie wie jak brzmi to niech pomyśli o najgłośniejszych dzwonkach (no dobra, niech będzie po ludzku- cymbałkach) jakie może sobie wyobrazić. No. To teraz dodajcie do ich dzwięku to takie świdrujące bdziiiiiiiiiiiiig i mamy lirę. Która jak już powiedziałam siedzi koło mnie. Która siedzi jak już powiedziałąm z Prezesem. A Prezes lubi grać na lirze, więc gra nawet w pauzach…

Warta zauważenia jest też rola szampana na próbie… Przecież to nasze ostatnie spotkanie przed Sylwestrem! No i wszystko ładnie pięknie, miło, złożyliśmy sobie życzenia, byliśmy radośni i życzliwi itd. No, tylko, że od szampana zawsze boli mnie głowa…

A wszystko dlatego, że zaczęłam robić matury z matematyki…

ten Nowy

Tak,  ja Martika Rutkowska chciałam zrobić coś strasznego, złego na wskroś i zdradzieckiego. Przyznaje się do tego z odwagą i poczuciem winy. Wiecej… Nawet to zrobiłam! Na szczęście z niektórych wyborów można się wycofać.

Chciałam porzucić. Zostawić. Opuścić. Zapomnieć. Odejść. Wymienić na lepszy model- tak po prostu. Bo podobno fajniejszy bo bardzie popularny, bo bardziej na topie.

I napisałam. Pierwszą notkę. Przyznaje na siłę, z niemałym trudem. Widok na tle niebieskiej róży nie był tym, którego szukałam. Tło irytująco się nie przewijało, a interfejs jakiś taki, nie mój, ascetyczny i bezpłciowy, taki jaki ma tysiące innych osób, ładny, zielony, optymistyczny, ale… taki jak stolik z IKEI. Nie rzuca się w oczy pod żadnym względem. A ja jednak wolę ten kontrolowany rozgardiasz który panuje tutaj :)

Więc wracam tutaj. A Tego Nowego kasuję! To tutaj będę przed upiorami studniówki i duchami matury zbliżającymi się do mnie konsekwentnie.

Jednak wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Tęskniłam :)

Tylko potrzebuje nowego obrazka na górę :) To już przecież nieaktualne! :D

Na urodziny życzcie mi szczęścia, siły i odwagi. Miłość mam.

Nad Miastem

Cóż wygląda na to, że moje życie w końcu diametralnie się zmieni i będę w pełni uprawniona do zmiany obrazka u góry strony.

Coś w stylu “Nad Miastem” Szagala (jakkolwiek się pisze to nazwisko mam je utrwalone w wersji fonetycznej :P ). Wybór szeroki, na szczęście wielu było zakochanych malarzy.

Ale to za jakiś, bardzo niedługi zresztą, czas. Innej możliwości nie ma.

A tak poza tym to jest mi właśnie przeraźliwie zimno, do tego stopnia, że pisanie na klawiaturze jest nieomal niemożliwością. Jak zawsze wybieram ku temu najodpowiedniejszą z odpowiednich pór, tak wiem. A teraz: Cóż, po maratonie przez groby Kozienickie jestem zmarznięta i będę miała katar. Co gorsze, pozostaję w niepewności bez odpowiedzi na pytanie czemu mówi się “iść na grób” a nie “do grobu”. Życie traci sens, gdy jest za dużo pytań bez odpowiedzi i jest się zbyt leniwym, żeby ich szukać.

Apropos lenistwa: moja matura rozpaczliwie woła gdzieś z daleka moje imię, przyzywając mnie do zawarcia z nią bliższej znajomości (chyba czuje sie samotna biedaczka), tak więc poczyniłam następujące czynności, jeśli chodzi o przygotowania do niej:

-Jestem właśnie na bardzo zaawansowanym etapie wmawiania sobie, że nic nie umiem z fizyki i że muszę kupić jakiś podręcznik z tej okazji. Myślę, że owoce tych czynności dojrzeją za miesiąc.

-Pławię się w słowach Pani Profesor Polonistki, że przy mojej świetnej intuicji humanistycznej wystarczy tylko odrobina pracy, żebyśmy były zadowolone z mojego wyniku na maturze.

-Wydrukowałam arkusze matury podstawowej matematyki, co więcej zrobiłam (sic!) jeden z nich! Co prawda w szkole i na jakiejś nudnej lekcji, ale nie czepiajmy się szczegółów.

-Dowiedziałam się od miłej Pani Z Sekretariatu (którą tutaj serdecznie pozdrawiam) jak wygląda tablica wzorów matemtycznych na maturze. Wygląda ładnie i daje nadzieję, więc z tego punktu wynika kolejny:

-Utrzymuje w sobie nadzieję, że kilkustornicowa książeczka, którą dostaniemy na matematyce jako pomoc naukową rozwiąże za mnie wszystkie moje zadania.

i tutaj uwaga najważniejsze, najbardziej pracochłonne czynności:

-Uśmiechnęłam się do cioci polonistki w sprawie mojej prezentacji maturalnej, która (ciocia, a nie prezentacja) zgodziła się mi pomóc w jej (prezentacji, nie cioci) przygotowaniu.

-WSTAŁAM O SZÓSTEJ RANO NA FAKULTETY Z MATEMATYKI (Wypowiedz Pani profesor: “ooooo Martika z Aśką, święto jakieś…” jednoznacznie potwierdza mój (no dobra nasz :) ) trud i wyrzeczenia, jakie poniosłam aby się zjawić) i ZAMIERZAM TO ROBIĆ(tj. wstawac w każdy piątek o tej nocnej godzinie)  DALEJ.

jestem taka wzruszona, wyrosła ze mnie taka odpowiedzialna kobieta.

I jeszcze jedno: Chce tutaj pochwalić klasę moją własną IIIF, że jest zajebista ;) Wszyscy razem, jako grupa i każdy z osobna, jako eeee… każdy z osobna. :P (tak, tak podlizuję się przed 21 listopada :) )

PS: Będzie dobrze! :*

twarzą w tort

Nic nie może porównać się z uczuciem gdy popijasz lekarstwo, absolutnie nie do przyjęcia w smaku, po każdym łyku odstawiając na biurko kubek, a gdy ponownie po niego sięgasz okazuje się, że wypiło się już wszystko i pozostał jedynie przeraźliwie gorzki osad na ustach. Mimo oczywistej ulgi poczułam dziwne rozczarowanie. Może mam potrzebę udowadniania sobie jaka jestem dzielna?

Ale jakże mam nie byc dzielną po ponad tygodniu smarkania, kichania, łykania tabletek i popijania herbatek, zarażania społeczeństwa i unikania WFu? M jest chora i już.

A tak naprawdę to piszę tutaj, bo mam jutro klasówkę z matematyki. Wydarzenie to, samo w sobie złe i okrutne ma jednak pewne dobre następstwa (przedstępstwa?) bo motywuje do robienia rzeczy twórczych kiedy obejrzało się już wszystkie obowiązkowo oglądane strony i nie ma dalej jak się wymigiwiać od powtórki z badania przebiegu zmienności funkcji. Zresztą znając życie nasza nieoceniona Pani Profesor i tak da nam taki przypadek na którym cała klasa się wyłoży, więc po co to wszystko? Marność, marność i wszystko marność, jakby powiedział pewien prorok.

Nic to, zwłaszcza, że wyżej wymienioną Panią Profesor pragnę pozdrowić, z racji zaskakująco miłych i wyrozumiałych reakcji z jej strony w tygodniu ostatnim: Piątek po imprezie czwartkowej, w klasie 21 osób w tym kilka umiera na ławkach podczas dwugodzinnej matmy (spośród których trzy spały u znajomego znajomych, po czym brały prysznic w szkole niecnie wkradając się na WF niczemu nie winnej klasy drugiej. Spośród których jedna oberwała ok godziny 4 tortem twarz. A raczej ktoś wsadził jej twarz w tort. Zresztą nie wnikajmy z szczegóły. Zgadnijcie tylko kto był tym wybrańcem….)

A dzisiaj w końcu się zebrałam i uprałam biedną kurtkę z tortu

Ludzie listy piszą

Dostałam dziś list, co sprawia, że dzień od razu wydaje się fajniejszy. No bo jednak miło się dowiedzieć, że ktoś gdzieś tam w zimnej Anglii pomyślał sobie o  mnie, co więcej, nie tylko pomyślał, ale też usiadł nad papeterią z długopisem w ręku i poczłapał gdzieś tam kupić znaczek i wysłać to wybitnie agnieszkowe, a przez to unikatowo radosne dzieło. (btw: http://apiliszek.wordpress.com) Do tego stopnia miłe, że zmobilizowałam wszystkie swoje siły i wzięłam się do roboty. Też będę tak samo fajna jak Agnieszka i też wyślę do niej list. Taki długi i papierowy, a co!

Więc napisałam. I okazało się, że dwie strony a4 to za mało na opowiedzenie wszystkich wydarzeń, dla których powinno znaleźć się tam miejsce. Zresztą przecież to nie o wydarzeniach się najlepiej pisze, bo to co jest, wcale nie musiało się wydarzyć (tak, to bardzo głęboka myśl, dajmy jej kilka sekund.)

Więc tak. Byłam w Warszawie z moimi chłopakami. I oczywiście udało nam się niepotrzebnie łazić w to i z powrotem szukając sklepu muzycznego, którego, tego z właściwą zawartością nie udało nam się znaleźć, udało się iść do KFC i wypić zbyt dużo koli ze stanowczo zbyt jednej słomki no i udało się…

Skrzyżowanie Marszałkowskiej z ..? (Tam koło takiego Konia, co się wypina zadem na ludzi.) Dużo dużo przejść, wysepek, półwysepek i stożków wulkanicznych. My, po przekątnej do miejsca docelowego. Chodźcie w lewo.

Tup, tup, tup. Przejście do połowy wysepki. EJ, ale tam, nie ma przejścia (z tego miejsca, na które mieliśmy dojść, czyli przez Marszałkowską, po drugiej stronie tego czegoś z czym się krzyżuje)

Tup, tup, tup wracamy.

Tup, tup, tup na około i jesteśmy.

Czyli łącznie zamiast dwóch boków skrzyżowania prześliśmy trzy.

Ej, ale tam jednak jest przejście. Podziemne.

Czyli wszystko cudownie po staremu.

No i była potem też Europarada, no ale nie bardzo jest o czym pisać w związku z nią. Bo, cóż, niestety wstyd się przyznać, ale to był lekki niewypał. :P Na szczęście Pana Tadeusza, który został zagrany przez nas absolutnie tragicznie na samo jej otwarcie, zrekompensował nasz godzinny koncert i późniejsze (już po cywilu) tańczenie pod sceną z Włochami do ich utworów ludowych. Co, my nie pójdziemy? :) I nauczyłam się kryyycia na trąbce :D

I tutaj zdjęcie europaradowe z uroczym znakiem wodnym gazety Płońszczak Press. Ja to ta w buraczanym.

Euuuroparada

A tak na serio to gram na waltorni i jestem prawoskrzydłowa. Ot, taka zagadka. (tia, jakby co najmniej ktoś kto mnie nie zna, czytał to :D )

A teraz się lenię i mam prośbę do ogółu społeczeństwa, żeby ktoś mnie wyciągnął z domu :P

bleafalsfjlasdfjasdfsafasf

Europarada zbliża się wielkimi krokami. Co ciekawe, nie jest konieczne nawet jej rozpoczęcie, żebym była nią zmęczona. Codzienne próby z musztrą, którą się stanowczo za bardzo przejmuję to chyba za wiele.

Trochę mi wstyd z tego powodu, ale cóż, tęsknie do szkoły. Pomijając przykry fakt nieznalezienia mieszkania do wynajęcia (znaczy mieszkanie było… nawet idealne…), co wiąże się z dalszym koczowaniem w bursie tamtejsza rzeczywistość wydaje się nieporównanie bardziej różowa. Cóż, muszę przyznać, że rok szkolny, w którym muszę się jedynie uczyć i sprawiać pozory dobrego zachowania w bursie jest idealnym dla mnie czasem. Zwłaszcza, że moje skłonności do czucia się samotną i nikomu niepotrzebną są  pieczałowicie zwalczane przez kilka oddanych mi osób praktycznie każego dnia. Tęsknię za tym bardzo. I nawet takie drobnostki jak fizyka której NIE UMIEM i matura nie zmniejszają mojego pragnienia powrotu. Co oczywiście nie oznacza, że będę niechętnie przyjeżdżać do domu na weekendy. W końcu tutaj też jednak mam znajomych :)

A. No i to już ostatnie takie wakacje. Cudownie :*